Jak dużego mam penisa?, czyli PR szamański w kilku prostych krokach

Nie wszystko musi być kulturo- i religioznawcze. Nie wszystko musi opierać się na wielkim przekazie i teoriach. Wreszcie, nie wszystko musi być waleniem po łbie szamańskim kapciem i krzykiem „Praktyka! Praktyka!”. Czasem dobrze się pośmiać, zatem zapraszamy do naszego krótkiego mentularnego(1) przewodnika szamańskiego.

Jak dużego mam penisa?, czyli PR szamański w kilku prostych krokach

Asus&Chimek


Czy chwalimy się swoim szamańskim pytongiem przed kobietami (mężczyznami)?

Zdecydowanie NIE! Rozmiar wobec techniki ma marginalne znaczenie, zaś wiadomo że podczas szamanienia nieważny jest tak naprawdę – excuse le mot – kij i ochędóstwo, a poczucie bezpieczeństwa, autorytet, technika i tym podobne dyrdymały. Poczucie humoru nie ma wpływu na rytuał.

Czy chwalimy się swoją szamańską dzidą przed profanami?

A po co? Przecież dla zwykłego człowieka kawałek drągala z lasu do którego poprzyklejane są kamyczki, pióra, czy kawałki zdechłych zwierząt to jest śmietnik i wylęgarnia robactwa, a nie zbiór fetyszy i duchów dzięki którym już niewiele brakuje żebyśmy zaczęli puszczać ogniste kule.

No dobrze, a co w takim razie z innymi szamanami? Między sobą można?

Tak, to jest dozwolone. Generalnie działa tu tzw. Zasada Bleszinskiego(2) - im więcej i fajniej mamy, tym lepiej. Nie dziwotą jest banda szamanów, która przekrzykuje się „a ja mam bęben z napletka niedźwiedzia!”, czy „to pióro wyrwałem z dupy Huginowi!”. Należy jednakże uważać żeby tylko nie przesadzić – niejednokrotnie w historii zdarzały się oszustwa i kradzieże duchów. Czasem dobrze jest przemilczeć pewne sprawy.

A gdy mamy klienta?

Tak, klient to poważna sprawa. I tu warto uchwycić za jajka złoty środek. Z jednej strony wejście w skórze wilka, z kilkoma zdechłymi gawronami w garści i kosturem na szczycie którego dynda worek mosznowy dzika jest kuszące i zdecydowanie klimatyczne. Z drugiej zaś, statystyczny klient ucieknie z wrzaskiem i do końca życia będzie przekonany że widział jakiegoś demona, a nie faceta, który ma mu/jej pomóc. Przede wszystkim liczy się właśnie ten śliski autorytet. Nie chodzi o czas, intensywność, czy trzy bębny. Ktoś pyta „jesteś szamanem?” i gdy odpowiadasz twierdząco, od razu chce byś mu pomógł. I nie ma znaczenia że właśnie jesteś ubrany w ortalionowy dres i sofixy. Ten człowiek już wie, że ma do czynienia z kimś konkretnym.

Czy lansować się na codzień?

I tak i nie. Nie będziesz przeciez biegał do pracy czy po mieście w masce i z kosturem w ręku, bo w najlepszym przypadku wzięto by cię za ekscentrycznego ślepca, a w najgorszym uciekiniera z Tworek/Kraszewskiego/innego przybytku wątpliwego zdrowia psychicznego.  Trzeba znaleźć tą delikatną granicę między świrem obwieszonym martwymi zwierzętami a wylansowanym ziomkiem spod bloku. Gdy jakiś dres na przystanku powie do ciebie “te, kurwa, szaman, daj szluga” to będzie własnie to. A gdy ci jeszcze nie przypierdoli w zęby to będzie znak od duchów że twój lans jest dobry.

Czy szaman musi się lansować na “mrocznego”?

Trzymając się stereotypów szaman powinien miec długie włosy, glany (nie zdejmowane nawet przy 30stopniowych upałach) ubierać się na czarno i to koniecznie w koszulki zespołów metalowych. No, ostatecznie może być ogólnopogański Żywiołak.

Bullshit.

Trzeba stac mocno po obu stronach rzeczywistości, więć trzeba się lansować. Bez histerii, ale trzeba. I masz wyglądac dobrze, nie wazne czy w emorurkach, włosach na dziewczynkę z “The ring” czy w nachach z Clinica i najaczach na nogach. Jak będziesz wygladał jak dziad to cię duchy w dupę kopną. W końcu je reprezentujesz, to wyglądaj jak człowiek!

A lans przed duchami?

To już bardziej skomplikowana sprawa. Można załozyć, że nie trzeba na siebie zakładać martwego renifera a w ręku trzymac trzymetrowego kostura z powieszonym łbem konia żeby stawać przed duchami. Ale z drugiej strony zaczynać szamanienie w piżamie, szlafroku i różowych kapciach nie wypada. Szamańskie manele to taki gajer, w który wbijasz się na wazne spotkania. Więc przez szacunek dla duchów dobrze założyć szate z pierdyliardem dzwoneczków i tru-ultra-mega maskę z pyty wieloryba.

Czy są pompki do powiększania szamańskiego pytonga?

Pewnie, ale sam sobie jej nie kupisz. To ludzie, twoi klienci, inni szamani, pompują twojego pytonga – jak próbujesz sam to robić to się niestety kurczy. Jak robisz swoje dobrze, dobrze szamanisz, jesteś skuteczny, lans nie jest celem a środkiem do osiągania szamańskich celów, twój pytong rośnie bez twojego udziału. Ale jak chesz tylko go sobie powiększyć dla lansu to przejebane. Maleje, maleje, maleje aż w końcu odpada.

A można być szamanem i się nie lansować?

Można próbowac, ale to i tak nie wychodzi. To już taka profesja. Trance & Lans 4ev3r!

(1)  mentula (łac.) – penis (obscenicznie), czyli – kutas.

(2) Clifford Bleszinsky – twórca serii gier akcji “Gears of War”. Drugą część reklamował jako “Bigger, Better, More Badass”, stąd “zasada Bleszinskiego”.

Oj, szaman, szaman…

Chimaira

W ramach motto niechże będzie przypowiastka w przypowiastce. Pewnego razu stałem z koleżanką przed drzwiami uczelni, do której natenczas uczęszczałem. Paliłem papierosa, świeciło ciepłe już, wiosenne słońce. Drzewo przed uczelnią mruczało w takt lekkiego wiatru. Opowiadałem jej taką oto krótką historyjkę.

„W wieku 86 lat Kodo Sawaki zapadl na ciężką chorobę i ostatnie trzy miesiące życia spędził w klasztorze Antai Ji, tym samym, który przemienił w miejsce czystej praktyki. Ze swego łóżka spoglądał długo na szczyt góry Takagamine i trzy dni przed śmiercią powiedział pewnej mniszce: „Popatrz, jaka piękna jest przyroda. Rozumie problemy ludzi. W całym moim życiu nie spotkałem osoby, której bym się podporządkował lub którą bym podziwiał. Ale ten szczyt Takagamine zawsze patrzy się na mnie, mówiąc mi: Kodo, Kodo…”.

Koleżanka roześmiała się i powiedziała że przecież to samo jest u nas. U nas, miała na myśli, pogan. Gdyby się lepiej temu przyjrzeć, okaże się że takie gadanie jak powyższa opowiastka ma pewien głębszy sens. Albo i brak sensu. Bo gdzie by nie spojrzeć, zawsze ciągnie się za nami ślad natury, świata, w którym, było nie było, istniejemy. Nawet w przypadku religio non grata co poniektórych pogan, czyli Kościoła Katolickiego, pojawia się choćby Św. Franciszek z Asyżu. Tylko, zapyta ktoś, co to do cholery ma wspólnego z szamanizmem?

Świat jest bardzo złożony, a jednocześnie prosty. Setki lat temu, druidzi przechodzili dziewiętnaście lat nauki by szkolić się w swoim konkretnym rzemiośle. Dzisiaj, teoretycznie, po dwunastu latach szkoły podstawowej i średniej, mamy ogromną wiedzę o świecie, który nas otacza. Czy świat jest bardziej niezrozumiały, czy prostszy, to już nie moja sprawa.

Olśnienia doznałem, gdy stałem na peronie dworca Łódź Kaliska i paliłem papierosa. Wzdłuż pociągu chodził facet w pomarańczowym kombinezonie (w tym upale musiało mu być strasznie gorąco) i młotkiem stukał w koła. Tym właśnie jest szaman. Łazi często wzdłuż jakiegoś pociągu i stuka w koła, żeby sprawdzić czy wszystko jest O.K.

Są różne zasady wszechświata. Albo inaczej – różne teorie na temat zasady wszechświata. Jedni uważają że to jakaś energia, inni widzą tam Boga, jeszcze inni kosmiczne drzewo. Są też tacy, którzy uznają za zasadę kosmicznego Chrystusa albo Lorda Xenu (tych lubię najbardziej). Szaman, nieważne czy bębniący sąsiadom pod blokiem, czy biegający w wilczej skórze w borówkach, to animista. Przeraża mnie myśl że mógłby istnieć szaman, który nie widzi wszędzie duchów.

Dla szamana zasadą są światy, duchy i współzależności między tym wszystkim. Stuka w koła, łażąc w tę i we wtę. Gdy tego nie robi, a stoi, pali papierosa i rozmyśla, to z niego taki szaman jak z koziej dupy trąbka. A jak wiadomo trąbki robi się z koziego rogu, nie odbytu.

Dla szamana natura jest taka, jak dla Kodo. Szczyty gór, strumienie i rozłożyste jesiony patrzą na nas i pobłażliwie mówią: „Oj, Szamanie, Szamanie…”.

Dni Wiedzy Pogańskiej 2010 – aktualizacja

UWAGA UWAGA!

Strona Dni Wiedzy Pogańskiej została zaktualizowana, zapraszamy do zapoznania się z opisem zajęć, planem DWP oraz regulaminem zlotu. http://dwp.poganie.org/

Przypominamy, że są jeszcze wolne miejsca, oraz o zbliżającym się terminie wpłat (do 30go czerwca )

Przypominamy też uczestnikom wybierającym wyżywienie wegetariańskie o konieczności zgłoszenia tego do dnia 25go czerwca na adres mailowy asus.wroc @ gmail.com

Pozdro, Asus

Dziadka Asusa bajki dla potłuczonych “Stary Jakub i wodnik Plumak”

 Asus

W bajkach jest mądrość narodu… może dlatego wśród współczesnych pogan trafia się tylu durniów?  Brakuje nam współczesnych legend, współczesnych bajek, współczesnych mitów, które dotykają nas bezpośrednio, przekazują ważne treści i wartości w sposób, którego tłumaczyć nie trzeba. Które na nowo pokażą nam świat pełen duchów, magii i bogów, świat taki jakim jest. Ale niech to będzie nasz świat współczesny, a nie odległe i niezrozumiałe czasy sierotki Marysi (która dziś byłaby galerianka Mery, dawno ze sponsorem) czy Czerwonego Kapturka (dziś to wilk by był ofiarą przemocy gimnazjalistki w czerwonej bluzie z kapturem). Dlatego daję wam pierwsza bajkę, może będzie dziwna, może będzie inna, ale napewno będzie dzisiejsza.

 

Historia ta wydarzyła się na Mazurach, w latach siedemdziesiątych. Mimo że piękna to była wówczas kraina i nie zniszczona przez człowieka, nie uniknęła pomysłów komunistycznych „modernizatorów”. Jeziora zostały podzielone między Państwowe Gospodarstwa Rybackie, w skrócie PGRyb. I rozpoczęły się połowy bez ładu, składu i umiaru. Rybacy wyciągali sieciami wszystko co żyło, byle szybciej, byle więcej…

W jednym z takich PGRybów, które „gospodarowało” na wyjątkowo bogatym w ryby jeziorze, pracował stary Jakub, bardzo doświadczony rybak, który znał tą wodę jak nikt inny. Zawsze pamiętał by nie brać więcej niż potrzeba, by wypuszczać małe rybki, i dziękować wodnikowi, który mieszkał w tym jeziorze za udany połów. Młodsi koledzy śmiali się z niego i jego „zabobonów” gdy wsiadając do łodzi ulewał łyka wiśnióweczki z piersiówki mówiąc pij dobry Plumaku i prowadź mnie bezpiecznie, a wracając z udanego połowu znów ulewał do wody ze słowami dobry Plumaku dziękuję za twoje rybki. Lecz był tak doświadczonym i znającym wodę rybakiem, że nikt za bardzo nie czepiał się jego zdawałoby się starczych dziwactw.

Przyszły jednak na ukochane jezioro Jakuba ciężkie czasy. PGRyb trzebił sieciami wodę bez umiaru, wyciągał wszystko co tylko się ruszało i miało płetwy. Wielkie sumy, olbrzymie szczupaki, potężne leszcze obok malutkich płotek i okonków, wszystko padało łupem zachłannych rybaków. Latem przeciągali przez jezioro olbrzymie sieci, a zimą w przeręble wpuszczali długie sznury z setkami haczyków. Ryby których nikt nie chciał kupić wyrzucano martwe z powrotem do wody albo zakopywano w lesie. Jeden tylko stary Jakub drżał ze strachu widząc taki rabunek i ostrzegał wciąż że Plumak w końcu się obrazi i ryby zabierze. Oczywiście nikt go nie słuchał i śmiano się tylko z bajania starego.

Aż przyszedł taki dzień gdy w sieciach zaświeciły pustki. Nie złapał się w nie nawet jeden mały okonek, nawet malutka płoteczka. Trwało dzień, tydzień, miesiąc, aż w końcu rybakom zajrzało w oczy widmo zamknięcia gospodarstwa. Stary Jakub powtarzał tylko a nie mówiłem , ale nikt go wciąż nie słuchał.

Jednak cóż było robić, stary Jakub postanowił popłynąć na jezioro i przeprosić wodnika Plumaka, a może ryby wypuści. Zapakował do łodzi flaszkę wiśniówki, wędzoną szynkę , ser i chleb. Pływał i pływał, a jego wołanie Plumaku! Dobry Plumaku! Echo niosło daleko po wodzie. Gdy zmęczył się wiosłownaiem wpłynął w trzciny odpocząć trochę. Jednak gdy tylko łódź zagłębiła się w sitowiu zobaczył niesłychane cuda. Wypłynął w otoczoną zewsząd szuwarami zatokę, w której było tak dużo ryb, ze aż buzowała powierzchnia wody. Widział olbrzymie sumy i szczupaki, wielkie stada dorodnych leszczy i linów. A na środku, na wielkim liściu wodnej lilii, siedziała dziwaczna postać. Głowa ni to żaby, ni to suma z wielkimi wąsami przykryta była kapeluszem uplecionym z tataraku, ręce miał skrzyżowane na wielkim brzuchu, w który nerwowo stukał palcami połączonymi błoną. Cały był zielony jak żaba i kapiący wodą jak świeżo wyciągnięte z jeziora wodorosty. Nikt inny tylko Plumak pomyślał stary Jakub i odezwał się do wodnika tak: Dobry Plumaku, panie jeziora i sołtysie ryb wszystkich, uwolnij swoją trzódkę bo zamkną nam gospodarstwo i będziemy musieli żebrać. Plumak na to zarechotał gniewnie i powiedział: Sieciami trzebicie bez umiaru, rybki moje co wam daję marnujecie, wszystko zabieracie czy duże czy małe, nic wam nie dam! Stary Jakub przestraszył się nie na żarty, przyjdzie na żebry iść pomyślał, i tak odpowiedział: Dobry Plumaku, mam tu dla ciebie wiśnióweczki mocnej, szyneczki pachnącej, chleba, sera, wypuść swoje rybki! Plumak bardzo lubił wiśnióweczkę, ale też wściekły był na rybaków, więc zarechotał tylko nic wam nie dam! Na to stary Jakub zafrasował się już całkiem, pochylił głowę i powiedział: Daj mi choć kilka rybek, to przekonam innych coby nie łowili bez opamiętania i małe rybki wypuszczali, coby i tobie jeziora sołtysie lali wiśnióweczkę i rzucali szyneczkę pachnącą i ser dobry w wodę i rzucił wodnikowi wszystko co miał naszykowane. Władca jeziora posmakował wiśniówki – faktycznie dobra! Posmakował szynki – pyszna i dymem pachnąca! Podrapał się zielonym paluchem po czole, zarechotał i powiedział: Dam ci suma grubego i szczupaka starego, dam ci linów wielkich i leszczy złotych. Pokaż to innym i powiedz, że jak będą łowić tyle co im potrzeba i opamiętają się, to im rybki wypuszczę. Mają też zawsze lać mi dobrej wiśnióweczki i szynki i sera rzucać w wodę! A jak nie posłuchają to nie dość że ryby na zawsze pochowam, to i was potopię!

Stary Jakub wziął ryby co mu je dał wodnik i szybko , żeby Plumak zdania nie zmienił, odpłynął. Gdy wrócił do innych rybaków ci nadziwić się nie mogli gdzie takich ryb nałapał, i zaraz chcieli tam z sieciami płynąć. Ale Jakub powiedział tylko co od dobrego Plumaka usłyszał. Na początku śmiali się z niego młodsi rybacy, mówiąc że staremu już się do reszty w głowie pomieszało. No ale cóż było robić, ryb jak nie było tak nie było, a Jakub w końcu skądś je jednak wziął. Kupili więc wiśniówki dużo, szynki wędzonej i sera pachnącego, i wrzucali w wodę na początku głupio się z tym czuli, ale popiwszy wiśniówki rozochocili się i rzucali w jezioro wołając głośno wodniku weź to i daj nam ryby!

Gospodarować tez zaczęli rozważnie, nie trzebili sieciami i sznurami wszystkiego, małe ryby puszczali, brali z razu niewiele, potem więcej, ale tylko tyle co im potrzeba było. Gdy po kilku latach Plumak wreszcie się przekonał, że rybacy naprawdę się zmienili, ryby wypuścił, i w jeziorze znów zaroiło się od sumów, szczupaków i innych płetwiastych i łuskowatych stworzeń. Ryb zrobiło się tak dużo, że starczało i dla rybaków, i dla wędkarzy, a i w jeziorze dużo ich zawsze zostawało. Rybacy nie zapominali o darach dla Plumaka, i co roku na Świętego Jana, imprezę przy ognisku urządzali i pili, jedli razem z wodnikiem. A gdy zmienił się system, rybacy skrzyknęli się, założyli Spółdzielnię Rybacką „Plumak” i tak gospodarowali swoim jeziorem, że stało się słynne wśród wędkarzy i rybaków na kraj cały, jakie to rybne i czyste jest.

Łap za skalpel, koleś

“Religia nie jest ideą, jest praktyką.
(…)
Słowa to nic więcej niż słowa”.

Kodo Sawaki, To You, 28.

Chimaira

Lubię sobie pogadać. O szamaniźmie, o druidach, o bogach, o duchach, o wielu wielu innych sprawach. Ludzie też lubią sobie pogadać. Gadamy sobie, palimy papierosy, cmokamy protekcjonalnie i zapowietrzamy się, rozważając ważkie kwestie tego czy innego świata.

Pływamy w iluzji, jak w basenie wypełnionym rzadkim kałem. Zanurzamy się, robimy głęboki wdech. Myślimy że to powietrze, a tak naprawdę wypełniamy nasze płuca gównem. Wraz z krwią, zamiast tlenu, gówno dociera do wszystkich części naszego ciała. W efekcie nasz mózg jest nim wypełniony. Żeby cokolwiek zrobić, musimy się pozbyć tego całego łajna.

Siedzimy, stoimy, jeździmy, piszemy na internecie – jedni z nas dzielą się swoją wiedzą, inni powiększają swe zasługi, jeszcze inni milczą na temat tego, co dokonali. Jakie wyjście jest dobre?

Żadne z tych. Jedynym wyjściem dla nas jest złapanie za skalpel.

Do szpitala przywożą człowieka, który przeżył wypadek na ulicy. Ma pogruchotaną nogę i złamane żebra. Wwożą go na salę operacyjną. Jest wpółprzytomny, w szoku. Anestezjolog sprawdza jego siły witalne. Asysta rozkłada narzędzia. Na salę wchodzi chirurg, który wcześniej oglądał zdjęcia RTG lub inne analizy ciała tego człowieka. Chwyta za skalpel, rozcina ciało. Składa kości, wiąże żyły, usuwa kawałki metalu, które wciąż są w ciele pacjenta. Potem wszystko zszywa i idzie umyć ręce po operacji.

Wraca do gabinetu na papierosa.

Czy anestezjolog podczas monitorowania tej całej skomplikowanej aparatury myśli o tym, że jego żona właśnie pieprzy się z sąsiadem? Czy asystująca pielęgniarka myśli o tym, że będzie kolejny strajk? Czy chirurg, który przeprowadza operację, zastanawia się czy wziąć po drodze ziemniaki, czy lepiej kupić ryż (bo zdrowszy)?

Anestezjolog patrzy na maszynę, która robi “ping”. Pielęgniarka podaje narzędzia. Chirurg tnie ciało i składa tego biedaka, którego potrącił jakiś idiota.

Mój kolega ze studiów napisał kiedyś wiersz. Oto jego fragment:

“Nadmiar teorii nie zdzierży praktyki,
prawo to kosmiczne mój drogi kolego,
milion parseków do centrum galaktyki,
dwadzieścia metrów do sklepu nocnego.”

Niezależnie od tego ile się nie nagadamy o Axis Mundi, ile nie naprodukujemy tekstu o tym kim jest szaman, kim powinien być, kim nie, czy kogoś lubimy w tej roli, czy może nam nie odpowiada, czy są różnice między takim a nie innym szamanem, czy taką a nie inną techniką, prędzej czy później musimy chwycić za skalpel.

Kiedy bierzemy ten skalpel do ręki, wszystko inne przestaje się liczyć. Pozbywamy się gówna z naszego ciała i bierzemy głęboki wdech. Do płuc wpada świeże powietrze. Czy szaman kogoś leczy czy zabija, czy mu się uda czy nie uda, nie jest ważne. Najważniejsze jest być uważnym. I robić to, co się robi.

Posługując się starą myślą:
Kiedy jesz, jedz.
Kiedy palisz, pal.
Kiedy szamanisz, szamań.

Anestezjolog z naszej historii w zaciszu domowym przebiera się w damskie ciuszki. Pielęgniarka ma słabość do kanapek z MacDonaldsa. Chirurg lubi sobie chlapnąć.

To nie jest ważne. To iluzje. Gdy przychodzą na ten ich rytuał, wszystko przestaje mieć znaczenie. Liczy się tylko skalpel, którym operujesz, ręka która podaje narzędzia i ten facet, który słucha kolejnego “ping”.

Jeśli coś robimy, róbmy to. Religia jest praktyką. Szamanizm jest praktyką. Kiedy podróżujemy, nie mamy żadnych gonitw, nie ma myśli o ziemniakach, uderzających z flanki, czy kanapki z MacDonaldsa, która wciska się tylnymi drzwiami.

Jesteśmy chirurgiem, ze swoją asystą. Łapiemy za skalpel i wycinamy różne kurestwa, które dostały się do czyjegoś organizmu. Tylko to się liczy. Ktokolwiek myśli wtedy o sąsiadce z naprzeciwka, może pożegnać się ze swoją drogą.

Podczas podróży nie powinno obchodzić nas, czy walczymy z kimś potężnym czy słabym. Po prostu bijemy się. Gdybyśmy pomyśleli “ojej, jaki on silny”, możemy od razu zacząć przełykać gorzki smak porażki. Albo pożegnać się z życiem. Myśli o tym dodają tylko siły strachowi – trzeba go zamknąć w komórce, by w ogóle przyjąć że operacja może się udać.

Gdy zaznamy smak porażki, co wtedy? Wtedy jest to porażka. A my idziemy dalej. Robimy to co robiliśmy dotychczas, łapiemy za skalpel. Znowu – gdy zaczniemy rozprawiać naszą porażkę, myśleć co zrobiliśmy nie tak, zastanawiać się jak to zrobić lepiej, bierzemy porządny łyk gówna. Czyż nie czuć teraz jego smaku?

Cały ten tekst nie ma absolutnie żadnego znaczenia.

Łapcie za skalpele, drodzy.

Lans in plastic is fantastic…

Asus

Teraz każdy chce być szamanem. No przynajmniej ci, którzy w jakiś sposób czują się związani z pierwotną, animistyczną duchowością (często nawet nie wiedząc czym animizm jest). Roi się taka czereda na forach, mnoży i krzyczy w internecie gdzie tylko się da. Ten  przeczytał Harnera i kupił sobie bęben, tamten obejrzał parę westernów i naczytał Karola Maya, a jeszcze inny “kocha naturę”. I wszyscy nagle stwierdzają “to ja od dzisiaj idę szamańską ścieżką”. Pewnie do najbliższego monopolowego…

Oczywiście zdarzają się ludzie wezwani przez duchy. Tacy, którzy dotknęli szaleństwa, dotknęli drugiej strony rzeczywistości, zapanowali nad swoją odmiennością i uczynili ją użyteczna. Tacy ludzie powiedzą, że chęć zostania szamanem jest najgłupszą rzeczą pod słońcami wszystkich światów. Pomijając już to, że nie da się zostać szamanem bo się chce, jeszcze takiego delikwenta muszą wybrać duchy, to niebezpieczeństwo i trudność tej ścieżki jest wielkie, a bycie szamanem wiąże się z ciągłą walką o panowanie nad swoim szaleństwem i ćwiczeniem siły woli i umysłu. Nie jest to ani łatwa, ani tylko przyjemna, ani prosta ścieżka, która na pewno nie sprowadza się do kochania natury i grania na “bębenku”. No chyba ze ktoś lubi kochać drzewa, najlepiej z dziuplą…

(Warsztaty “Szamanizm – prastara mądrość natury”. W programie rytuały uwalniania się od przeszłości i poszukiwania wizji, rozwijanie jasnowidzenia i intuicji, medytacje porozumienia z przodkami, szamańskie ognisko, podróże przy dźwiękach bębna. Inwestycja duchowa: 450zł + 25zł nocleg i 40zł wegetariańskie wyzywienie.)

Mechanizm tego zjawiska jest oczywiście bardzo prosty – nazywanie się szamanem nobilituje, przynajmniej w oczach całej rzeszy plastikowych różowych króliczków wypisujących po sieci o energiach kosmicznych i umiłowaniu przyrody. Chcą być kimś znaczącym, wyróżniać się, lansować na bębnie. Zjawisko właściwie identyczne jak z wiccanami eklektycznymi  – jedyna różnica w ścieżce którą tacy “wannabe” podążają.  Jedzie potem taki plastikowy “szaman” na jakiś zlot czy inne warsztaty, nazbiera dyplomów , pije ayahuasca w cenie jedynych 150 dolarów za weekend (od prawdziwego gwatemalskiego szamana, okazja!), kończy kursy “zostań szamanem syberyjskim w 10 dni” (coby ci jeszcze zostało urlopu na smażenie się na plaży w Dziwnowie czy innej Pogorzelicy). I się lansuje. Jestem szaman Zenek mam mały bębenek, nie chodzę do lasu bo nie mam na to czasu szamaniem w domu po kryjomu nie pokazuję się nikomu  jestem mały w świecie będę wielki w necie. Joł, curva… ręce opadają.

Wywalam te żale nie dla samego wywalania i lansu (ja jestem tru a wszyscyście som buce), a dlatego, że będąc blisko z rodzimowiercami słowiańskimi oraz asatryjczykami , wśród których mam wielu przyjaciół i dla których często szamanię, zauważyłem jak bardzo naszym, miejskim animizmie brakuje zwykłych wierzących. Wśród rodzimowierców czy asatryjczyków nie wszyscy pchają się na świecznik chcąc być żercą czy godim. Nie od tego zależy czy będą prawdziwi, czy w ich sercach płonie gorący ogień wiary w ich bogów. Wierzący nie czujący powołania, wezwania do pełnienia roli kapłańskiej po prostu się tam nie pchają. Wiadomo że każdy wierny może odprawić osobisty czy rodzinny rytuał, czarować czy kontaktować się ze swoimi bogami. Ale pozostaje w sferze kultu prywatnego, nie pcha się za wszelką cenę na wierchuszke żeby móc wozić się po sieci.

(Perły rosy. Wiccańsko – szamańskie kryształy totemiczne! Prawdziwy szaman nie rusza się bez nich z domu. Jedyne 122$ za komplet!)

A między tymi, co w szamanistycznej duchowości odnaleźli swoją drogę trwa  wyścig kto będzie miał fajniejsze fotki z bębnem i bardziej uduchowione i wegetariańskie opisy, albo kto będzie bardziej mrrrroczny, strrraszny i kto w nocy  w czarnym stroju wzywa diabły w przedpokoju. Oczywiście jest sporo osób będących chlubnymi wyjątkami, których duchy nie wybrały na pośredników pomiędzy światami. Tych, w których sercach płonie prawdziwy ogień wiary w duchy, którzy rozumieją, ze nie ten kto głośniej krzyczy o trawożerności i ma większy bęben prawdziwie czuje duchy, a ten kto przyjmuje ich wolę, ma je w sercu i duszy. Przyjmuje z wdzięcznością to niemal błogosławieństwo, że nie wybrały go na szamana. Bo taki po prostu wierzący animista rozumie jakie niebezpieczeństwa i wyzwania wiążą się z byciem szamanem.

Swoją duchowość realizuje inaczej niż przez udawanie szamana. Ba, on w ogóle swoją duchowość realizuje. Sprawuje kult prywatny, sam składa ofiary i dba o swoje miejsca duchów, o swoje fetysze. Może spokojnie sprawować również kult publiczny, odprawiając grupowe animistyczne rytuały, pełniąc w nich rolę kapłana (o czym pisałem w moim lutowym artykule „Święta, święta i po świętach”). Ale nie pcha się do tego, do czego nie jest powołany, rozumie też że bycie szamanem to nie lans i wymądrzanie się, ale przede wszystkim ciężka praca, powinność, powołanie.

(Na weekendowych warsztatach szamańskich pani Krysia uczyła się o uzdrawiającej mocy kryształów, słuchała gongów i mis tybetańskich, chodziła po ogniu i poznała swoje zwierzę mocy. Uczestnicy warsztatów otrzymali zniżkę na późniejsze, indywidualne konsultacje z szamanką.)

Jednak takich osób jest mało i toną w morzu pozerów udających pośredników między światami. Nie poprawiają tej sytuacji na pewno dziesiątki kursów i warsztatów na których odziera się szamanizm z sakralności, odbiera mu animistyczną podstawę i zostawia jedynie njuejdżową papkę mówiącą jakieś brednie o rozwoju duchowym, indywidualnej drodze do oświecenia, umiłowaniu natury i podobnych bzdurach. Na pewno nie pomagają też neoszamanistyczne książki, które czytane bezrefleksyjnie tworzą obraz szamanizmu jako bezpiecznej i pięknej ścieżki duchowego rozwoju dla każdego. Mało , zbyt mało jest prawdziwych animistów, którzy czując zew pierwotnej duchowości nie wpadają w sidła neoszamanistycznej papki, nie dają się zwieść komercyjnemu bełkotowi, i nie będąc powołanym przez duchy pozostają po prostu wierzącymi, pełnymi oddania, sprawującymi swój kult prywatny członkami społeczności.

W sumie nie jest to też takie dziwne, gdyż szamanistyczna duchowość, dociera do naszego kraju powoli i z opóźnieniem, z resztą jak wszystkie informacje o szeroko pojętym pogaństwie współczesnym. Wiccanie mają już nieco lepiej, choć na początku swego istnienia w Polsce ich religia borykała się z identycznymi problemami. Przyczyną tego były kulawe źródła, głównie strzępki informacji z zachodnich stron internetowych, później polskie witryny powtarzające bzdury o wicca eklektycznym wyczytane w książkach Cunninghama czy Chrzanowskiej. Nie powiem żeby takie książki czy strony w sieci narobiły tylko szkody. Owszem, przyczyniły się do rozpowszechnienia informacji o tej religii i zachęciły co bardziej ogarniętych czytelników do poszukiwania rzetelnych informacji. Ale to było lata później. I do dziś jeszcze prawdziwym wiccanom czkawką odbija się ta radosna eklektyczna przeszłość.

(Cykliczny, otwarty krąg szamański w Glastonbury. Didgeridoo – jest. Bęben – jest. Krąg z lampek choinkowych – jest. Kryształy – są.  Mariolka ze skrzydłami – jest. Można zaczynać.)

Obecnie duchowość szamanistyczna w naszym pięknym kraju jest ładnych parę lat za wicca niestety, a ładnych paręnaście za rodzimowiercami. Strony w sieci i książki (chociażby Michaela Harnera) owszem, przyczyniają się do jej propagowania, umożliwiają tym, którzy czują zew duchów odnalezienie się w pewien sposób, ale też krzewią równie piękny, co fałszywy jej obraz. Pewnie jeszcze lata miną nim rozpowszechni się prawdziwy, głęboki i przepełniony animistyczną duchowością obraz współczesnego, europejskiego szamanizmu. Jeszcze wiele wody w Wiśle, Odrze i innych kranach upłynie nim szamanizm nie będzie kojarzył się z zabawą w Indian i radosnym waleniem w bęben w lesie, a z prawdziwym i głębokim zrozumieniem duchowej strony rzeczywistości, z czcią oddawana duchom przez grupę ludzi związanych pierwotną duchowością. Nim więcej będzie prawdziwych wierzących niż plastikowych podróbek z cepelii.

Ale żeby tak się stało trzeba otwierać oczy, pisać o tym i mówić głośno. Nie twierdzę, że te parę zdań które właśnie przeczytaliście będzie jakieś wielce przełomowe. Ale jeśli choć jeden z was, czytelnicy, zastanowi się i przemyśli głębiej poruszone przeze mnie kwestie będę to uważał za sukces. Bo nic nie dzieje się samo, a każda święta góra składa się z tysięcy małych kamyczków. Tak też traktuje ten tekst – jako mały kamyczek, który kiedyś, w przyszłości, pomoże zbudować górę i przyczyni się do przywrócenia prawdziwości współczesnemu, zachodniemu szamanizmowi.

Eskimosi z Labradoru

Inuicka mama z dzieckiem, rok 1922

 

Asus 

Labradorscy Eskimosi, a właściwie Inuici, jak określają sami siebie, to bezpośredni potomkowie Eskimosów Thule, Którzy przywędrowali na tereny dzisiejszej Kanady i Na Grenlandię około tysiąca lat temu. Labrador osiągnęli podążając na południe około czterystu lat później. 

Po przybyciu na Labrador Inuici najprawdopodobniej napotkali Eskimosów Dorset, zamieszkujących tamte tereny od ponad dwóch tysięcy lat. Lud Dorset (w tradycyjnych przekazach Inuitów zwany Tunnit) nie był spokrewniony z nowymi przybyszami. Choć polowali na ta samą zwierzynę, wykorzystywali zupełnie różne narzędzia i zamieszkiwali domostwa o innej konstrukcji. Archeolodzy do tej pory spierają się co do losów ludu Dorset na labradorze i w całej Arktyce. Prawdopodobnie zostali oni wchłonięci lub wyparci przez przybyszów z północy. 

Historię Inuitów dzielimy na dwa okresy: wczesny, przed kontaktem z europejskimi osadnikami (lata 1400 – 1700) oraz późny, po przybyciu europejczyków (po 1700 roku). Właśnie we wczesnym okresie Inuici powiększali swój zasięg aż do Zatoki Hamiltona. Co prawda nie osiedlali się jeszcze dalej na południe, jednak istnieją dowody iż zapuszczali się aż do cieśniny Belle Isle by polować a nawet sporadycznie napadać na osiedla wielorybnicze. W tym okresie kontakt z białymi odkrywcami czy wielorybniczymi flotyllami miał miejsce, jednak był na tyle minimalny, iż nie miał on właściwie żadnego wpływu na styl życia Inuitów. 

Inuici pokonywali olbrzymie odległości w poszukiwaniu zwierzyny łownej, która dostarczała im wszystkiego co było niezbędne do życia: pożywienia, skór na ubrania, kości do wyrobu broni, tłuszczu na opał. Latem podróżowano zarówno lądem, jak i morzem – używano wtedy łodzi krytych skórą: kajaków i umiaków. Kajak to jednoosobowa, zamknięta łódź używana do polowań na mniejsze zwierzęta. Do połowów wielkich morskich istot, takich jak morsy czy wieloryby, a także do transportu, używano umiaków – otwartych łodzi które mogły pomieścić do dwudziestu osób. W zimie używano dużych sań ciągniętych przez psy zwanych komatik. Psy w ogóle były bardzo ważną częścią życia Inuitów – były jedyną dostępną siłą pociągową, dużą pomocą w polowaniu a także żelaznymi racjami żywności. 

Morze dostarczało głównych zwierząt łownych – wielorybów, fok i morsów, a także ryb, przede wszystkim troci, łososi i pstrągów. Na karibu, jedyne istotne lądowe zwierzę łowne, polowano przede wszystkim późnym latem. Ptaki, trocie jeziorowe i jagody były uzupełnieniem jadłospisu.
  

Myśliwy rzucający harpunem w morsa, rok 1922

Do polowania na morskie ssaki używano harpuna. Broń ta składała się z ostrza z kości, kamienia, lub, w późniejszym okresie, z żelaza, tulei z kła morsa lub poroża, długiego drzewca i długiej wytrzymałej linki. Mężczyźni polowali za pomocą tej broni z kajaków, gdy pozwalała na to pogoda, lub pieszo na lodzie w zimie i wiosną. Przy polowaniu z morza na większe foki i na morsy wykorzystywano pływaki z foczych pęcherzy uniemożliwiające ucieczkę zranionego zwierzęcia. Największym wyzwaniem było polowanie na wieloryby, do którego używano wielkich harpunów wielorybniczych. W tym niebezpiecznym przedsięwzięciu brało zawsze udział kilku, częściej kilkunastu myśliwych współpracujących ze sobą i używających umiaków – dużych otwartych łodzi.
Myśliwi współpracowali również podczas jesiennych polowań na karibu. Po zlokalizowaniu stada było ono pędzone w kierunku rzeki lub jeziora, najczęściej przez kobiety i dzieci. Zwierzyna była wtedy zabijana za pomocą włóczni bądź z łuku. Całą obława była zawsze dobrze przemyślana – duża liczba zwierząt zmuszała do zabijania ich jak najbliżej miejsca planowanego oprawiania i rozbierania mięsa. Myśliwi często przeganiali karibu wiele kilometrów aż do upatrzonego miejsca. W ten oto sposób mięso samo się transportowało. 

Pozostałości Inuickich pułapek na ryby często odnajdywane są w przewężeniach rzek i strumieni. Konstruowane były z dużych kamieni w ten sposób, by ryby raz do niej wpływając krążyły w kółko nie mogąc jej opuścić. Wyławiano je za pomocą specjalnej włóczni o długim drzewcu, długim, wąskim ostrzu i dwóch sprężynujących zadziorach po bokach. Po trafieniu łososia, pstrąga czy troci zadziory wbijały się w boki ryby uniemożliwiając jej ześlizgnięcie się. Rodzina Inuitów potrafiła w ciągu jednego dnia wyłowić kilkaset ryb, które następnie były suszone i gromadzone na długie zimowe miesiące jako żywność dla ludzi i psów. 

Inuici wytwarzali szeroką gamę narzędzi i sprzętów domowych z kamienia, kości i roku. Były to miedzy innymi lampy na foczy tłuszcz z piaskowca, czekany wyrabiane z kości i kłów morsów oraz bardzo charakterystyczne noże ulu o półokrągłym ostrzu. Te ostatnie były wyłączną własnością kobiet, które używały ich w pracach domowych, do przygotowywania pożywienia czy oprawiania skór. Najbardziej fascynującym wynalazkiem Inuitów jest jednak wiertło łukowe wykorzystywane do wyrobu koralików, igieł, otworów w grotach harpunów a także do rozpalania ognia.  

Myśliwy w umiaku - widać upolowaną, zamarzniętą fokę

Labradorscy Inuici wykorzystywali trzy typy domostw zależnie od pory roku. W lecie zamieszkiwali w stożkowatych namiotach nieco podobnych do indiańskich tipi. Drewniane lub kościane rusztowanie przykryte było skórami obciążonymi kamieniami. Setki takich kamiennych kręgów, pozostałych po tym, gdy Inuici przenieśli się w inne miejsce, znaczą północny krajobraz. Tak popularne igloo było wykorzystywane jedynie podczas zimowych wypraw łowieckich. Bardziej trwałe schronienia, półziemianki budowane z kamieni i kryte darnią kładzioną na rusztowaniu z konarów lub kości wieloryba obciągniętym skórą, wykorzystywane były podczas długich zimowych miesięcy. Wejście było zazwyczaj umiejscawiane około 20 centymetrów niżej niż przestrzeń mieszkalna by uniemożliwić dostanie się do środka zimnego powietrza. Schronienia te były bardzo przytulne i ciepłe, a do ogrzewania ich wykorzystywano kamienne lampy na foczy tłuszcz. Były one także wykorzystywane do gotowania poprzez zawieszenie nad nimi prostokątnych naczyń wykonanych z piaskowca. Oba te przedmioty były bardzo cennymi dla każdej kobiety, i często po śmierci właścicielki niszczono je rytualnie by ich duchy towarzyszyły jej także w zaświatach. 

Strój Inuitów składał się z kurty z kapturem, spodni do kolan lub do kostki, wysokich butów z cholewami oraz jednopalczastych rękawiczek – mitynek. Wszystkie elementy stroju były oczywiście wykonane ze skór i futer. Buty z foczej skóry wykorzystywane były przez cały rok. Strój letni szyty był ze skór pozbawionych włosia, podczas gdy na zimowy składały się futra karibu i fok. Przed mrozem chroniły dwie warstwy ubrań – jedna wywinięta futrem do wewnątrz, by zapewnić izolację i zabezpieczyć przed poceniem się. Po dodaniu drugiej warstwy, futrem na zewnątrz, nie były im straszne nawet najniższe temperatury. Wspaniałe zdobienia tworzono poprzez wszywanie różnokolorowych pasków skóry i futra. 

Wczesny okres historii inuickiej społeczności z labradoru uwidacznia ich bardzo silny związek z ich środowiskiem naturalnym. Polegali właściwie w stu procentach na tym, co dostarczały im morskie ssaki i karibu, a co za tym idzie byli wielce uzależnieni od warunków atmosferycznych umożliwiających polowanie. W latach 1700 – 1850 styl życia Inuitów zmienił się znacznie w wyniku intensywnych kontaktów z białymi osadnikami. Faktorie handlowe i misje powstawały wzdłuż całego wybrzeża Labradoru umożliwiły im dostęp do drewnianych łodzi, broni palnej i stalowych narzędzi, jak również do europejskich produktów żywnościowych takich jak mąka, cukier czy herbata, co w dużym stopniu zmniejszyło zależność Inuitów od środowiska naturalnego. 

Do połowy XIX wieku dawne sposoby życia zostały zapomniane – porzucono harpuny na rzecz broni palnej, a handel futrami stał się podstawą egzystencji Inuitów. Chrześcijaństwo zastąpiło dawne wierzenia a tradycyjne domostwa i wędrowny tryb życia ustąpiły miejsca wioskom w europejskim stylu.

Grzechotka: moc w twoich rękach

Pomian

Oddaję w Wasze ręce moje własne (mam nadzieję,  że nie kalekie) tłumaczenie artykułu na temat pracy szamańskiej z grzechotką autorstwa Jonathana Horowitza . Autor koncentruje się na temacie grzechotki, jednak nawiązuje też szeroko do istoty pracy szamana i szamańskiej wizji świata. Tekst po raz pierwszy ukazał się w magazynie “The Sacred Hoop” nr 36 (www.sacredhoop.org),  w wiosnę 2002 roku. Artykuł wygrzebała dla nas w otchłaniach internetu Annelie. Życzę miłej i inspirującej lektury.


Jonathan Horwitz

Moc w twoich rękach:

Krótkie wprowadzenie do grzechotek

Pierwszy z moich nauczycieli szamanizmu w fizycznym świecie nauczył mnie jak podróżować na dźwiękach bębna. Mój drugi szamański nauczyciel powiedział mi natomiast:

- Gdy pierwszy raz odwiedziłem Świat Duchów, stałem w małym kręgu z trójką innych ludzi. Wszyscy grzechotaliśmy grzechotkami. Nagle Ziemia rozstąpiła się pode mną i wpadłem do Dolnego Świata.

Gdy tylko to usłyszałem, od razu pomyślałem “Trzeba sobie sprawić grzechotkę!”. Grzechotka, którą wtedy znalazłem jest ze mną do dziś, a od tamtego czasu dostałem, zrobiłem i rozdałem więcej grzechotek niż mogę zliczyć. Grzechotki są wyjątkowe.

Grzechotka to jedna z rzeczy, o przyniesienie której proszę uczestników kursów, które prowadzę. Jest też jedną z pierwszych rzeczy, o których uczę, jako o jednym z najistotniejszych pomocników w ekwipunku szamana. Większość z nas miało grzechotki jako dzieci a, co miłe, zaskakująco wiele osób ma je już w dorosłym życiu. Czasami ludzie mówią mi:

- Miałem tę grzechotkę od lat. Nie wiem, czemu ją kupiłem. Po prostu zdawała się do mnie przemawiać. Teraz wiem już czemu!

Zadaniem szamana jest udać się do Świata Duchów lub odwołać się do niego prosząc o pomoc – czy to w poszukiwaniu mocy, siły leczniczej, wiedzy czy mądrości. Używam grzechotki, by posłać mój głos duchom. Jest jednym z najłatwiejszych, najszybciej działających i najsilniejszych narzędzi do osiągnięcia tego celu.

Wzywanie Duchów

Szaman działa prosząc Duchy o pomoc – bez Duchów nie ma szamana. Wzywanie ich to najbardziej podstawowa część jego pracy. Sam używam czegoś, co nazywam “podstawowym rytuałem grzechotania” służącym do wzywania duchów, którego uczę na swoich warsztatach wprowadzających. W skrócie, polega on na ustawieniu się twarzą w jednym z głównych kierunków świata, potrząśnięciu grzechotką cztery razy, wezwaniu Duchów tejże strony i poproszeniu o ich przybycie i pomoc. Po wezwaniu duchów jednej ze stron, odwracam się o 90 stopni i grzechoczę Duchom kolejnej strony świata, prosząc je o przyjście. Powtarzam to na planie okręgu, aż przyzwane zostaną Duchy wszystkich czterech stron z prośbą o udzielenie mi wsparcia. Następnie zwracam się w kierunku Ziemi. Dla niej również grzechoczę czterokrotnie prosząc o pomoc Duchów Ziemi. Dalej, zwracam się do nieba, grzechocząc cztery razy i prosząc o pomoc również tamtejsze duchy. Wreszcie – by nie obrazić żadnej siły pomijając ją – grzechoczę dookoła prosząc wszystkie sprzyjające mi Duchy, których mogłem zapomnieć zaprosić, by również zechciały przybyć. Czyniłem tak zawsze na rozpoczęcie wszelkich moich szamańskich działań.

Mój rytuał grzechotania zmienił się od czasu, gdy powstał i był używany w tej formie. Jednak jeśli się w niego wsłuchać, można rozpoznać dawną wersję leżącą u jego korzeni. Przez lata, tak do mnie jak i do ludzi, którym przybliżyłem na nowo grzechotkę, przy grzechotaniu na różne strony świata przychodziły Duchy i uczyły jak należy je przyzywać. Gdy wzywam swoich nauczycieli z górnych i dolnych światów, używam tak swojego głosu, jak i grzechotki. Gdy zaś przyzywam Duchy kierunków pośrednich – gwiżdżę. Niektóre z Duchów lubią tańczyć więc tańczę i ja. Zawsze zaś grzechotka zbliża mnie do Duchów, Duchy zaś zbliża do mnie.

Kolejność kierunków wzywania jest różna w odmiennych kulturach i u różnych osób. Ja zaczynam na Wschodzie, a potem – zgodnie z kierunkiem Słońca, poruszam się po okręgu – najpierw na Południe, potem na Zachód a wreszcie na Północ i z powrotem na Wschód, by zamknąć okrąg. Mój pierwszy nauczyciel szamanizmu również zaczynał na Wschodzie, jednak obracał się najpierw na Północ i kontynuował w tym kierunku. Był wychowankiem rdzennych Amerykanów z północno-zachodniego wybrzeża. Starając się być dobrym uczniem naśladowałem go wiernie. Jednak, pewnego dnia, jeden z moich Duchów-sprzymierzeńców zapytał mnie:

- Dlaczego krążysz w tym kierunku?

Wyjaśniłem mu, czemu tak robię. Duch odrzekł na to:

- To nie jest twój kierunek. Podążaj za Słońcem.

Martwiłem się, iż rozzłości to mojego nauczyciela. Ten rzekł jednak:

- To doskonale! Nauczają cię Duchy. Słuchaj ich. Bądź im posłuszny.

Była to jedna z najważniejszych lekcji, jakie otrzymałem od niego.

Moc grzechotki

Często nazywam grzechotkę “anteną mocy”. Czasem, gdy stoję wzywając duchy, czuję się jak człowiek trzymający w dłoniach piorunochron, gdy czuję płynącą przez moje ciało energię. Wiele osób ma podobne doświadczenia. W jednej z grup, którą nauczałem, była kobieta, która nie przywiozła na warsztaty własnej grzechotki.

- Czułam się głupio mając kupić sobie grzechotkę – wyjaśniła. Pożyczyłem jej więc jedną z grzechotek zrobionych przez siebie. Zauważyłem, gdy śpiewając i grzechocząc staliśmy wszyscy w okręgu, że przez cały czas pozostawała bardzo aktywna. W zasadzie jej ręka z grzechotką latała wokół całego jej ciała, w górę i w dół, od stóp do głów. Gdy skończyliśmy, przyszła do mnie na skargę:

- Grzechotka nie robiła tego, czego od niej chciałam! Zupełnie jakby miała swoją własną wolę!

Z tego doświadczenia mogła wyciągnąć ważną naukę na temat intencji. Powodem dla którego staliśmy w kręgu śpiewając i grzechocząc, było wezwanie naszych Duchów-sprzymierzeńców by poprosić ich o wsparcie na czas trwania warsztatów. Duchy najwyraźniej odpowiedziały na tyle silnie, że kobieta zapomniała o tej intencji. Jej nową intencją było kontrolowanie grzechotki, zamiast otrzymywać moc i wsparcie, jakie grzechotka starała się jej przekazać. Doświadczenie zmieniło się w pojedynek zapaśniczy, który wygrały duchy. Miesiąc po warsztatach otrzymałem list od tej uczestniczki:

- Od czasu kursu zrobiłam już cztery grzechotki i wszystkie działają!

Drugą istotną nauką, jaką powinna była wyciągnąć z tego wydarzenia było: wszystko, co istnieje, jest żywe. Prawdziwa moc grzechotki leży w jej Duchu. Nauka pracy z grzechotką to w istocie nauka słuchania jej Ducha. Dla mnie, grzechotka nie jest narzędziem, lecz sprzymierzeńcem.

Słuchanie Ducha grzechotki

Na początku, praca z grzechotką może być ćwiczeniem w przekraczaniu własnych granic, lub – jak mawiał don Juan Matus – w pozbywaniu się poczucia własnej ważności. Gdy pierwszy raz stoisz z grzechotką w domu lub w lesie i myślisz “Teraz mam niby wzywać Duchy?!” możesz poczuć się trochę głupio a nawet doświadczyć zażenowania. Uczucia te znikają jednak na ogół już po drugim czy trzecim potrząśnięciu grzechotką. Większość osób dość szybko przekonuje się, że czynność ta nie tylko daje poczucie napełnienia mocą ale i wrażenie wielkiej radości. Praca Szamana nie ogranicza się jednak tylko do odczuwania ekstazy płynącej z kontaktu z Duchami. Jego zadanie polega na przekroczeniu bramy tego uniesienia i podążenie do świata duchów w poszukiwaniu mądrości, mocy i wsparcia jakie jest potrzebne by działać w świecie fizycznym. Trzeba zatem nauczyć się słuchać głosu grzechotki. Grzechotka jest bowiem żywa – jak wszystko inne – i stara nam się coś przekazać. Słuchajcie! Jednak nie tylko uszami. Słuchajcie całą swoją istotą.

W swoich próbach zrozumienia świata, cywilizacja zachodu podzieliła go na kategorie, systemy klasyfikacji. Każdej rzeczy nadajemy etykietę. Trzeba przyznać, że może to być bardzo pomocne, jednak przykry skutek uboczny takiego działania sprawia, że wszystko, co nie mieści się w konkretnych kategoriach zaczyna być lekceważone tak długo, aż pozornie zniknie w zapomnieniu. Dusza – została zredukowana do pięciu czy sześciu osobnych zmysłów. Słuch to tylko jeden z nich. Słuchając grzechotki musimy jednak połączyć w jedno wszystkie nasze zmysły. Poprośmy ją samej o pomoc w tym zadaniu i otwórzmy się na pomoc, jaka nadejdzie. To otwarcie się na pomoc grzechotki jest być może najtrudniejszym zadaniem z nią związanym.

Większość z nas chce sprawować kontrolę nad własnym życiem. Jesteśmy przekonani, że jak długo jesteśmy u steru, wszystko będzie dobrze. Stworzyliśmy sobie mit bezpieczeństwa by czuć się dobrze, tak jakby czucie się dobrze było celem samo w sobie. Sposób pracy szamana polega jednak na poddaniu się Duchom. Gdy to robi, napełnia go ich moc. Może będziemy w tym stanie mogli kontrolować sytuację, może nie – ale pewne jest, że stawimy jej czoła przepełnieni mocą.

Grzechotka jako uzdrowiciel

Gdy zaprzyjaźnimy się już z naszą grzechotką, odkryjemy że posiada ona wiele aspektów. Jednym z nich jest jej moc lecznicza. Doświadczenie, które mnie o tym przekonało, miało miejsce wiele lat temu. Pewna kobieta skontaktowała się ze mną uskarżając się, iż jest “zablokowana”. Zastanawiałem się, czy będę w stanie pomóc jej pozbyć się owych “blokad”. “Blokada” nie była wówczas przypadłością zaliczającą się do mojego szamańskiego leksykonu diagnostycznego. Nie miałem pojęcia o czym owa kobieta mówi, jednak ufałem, że moje Duchy będą wiedziały co się z nią dzieje. Odpowiedziałem jej więc, że nie jestem pewien czy mogę ją wyleczyć, ale jeśli się u mnie pojawi, to zobaczymy co da się zrobić. Gdy zwróciłem się do swoich duchów, odrzekły: “użyj swojej grzechotki”. Po przyzwaniu pomocnych Duchów zacząłem więc grzechotać nad ciałem pacjentki. Zaczęła drżeć coraz to silniej aż wpadła w konwulsje. Ta część mnie, która pozostawała w kontakcie ze zwykłą rzeczywistością poczuła się mocno zaniepokojona. Zapytałem więc duchów co się dzieje, a odpowiedź, którą otrzymałem brzmiała mniej więcej: “zamknij się, patrz uważnie i nie przestawaj grzechotać”. Wreszcie – wraz z nieludzkim, ryczącym odgłosem – ciałem kobiety wstrząsnął ostatni potężny dreszcz i coś opuściło jej ciało przez otwarte usta a potem – przez okno – na zewnątrz. Pacjentka westchnęła z ulgą i zapytała co właściwie zrobiłem. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że tylko potrząsałem grzechotką a ona zajęła się resztą.

Z upływem lat coraz bardziej polegałem na grzechotce. Nauczyła mnie, że nadaje się świetnie do pracy diagnostycznej, otwierania obszarów zablokowanych energetycznie, przywracania przypływu dobrej energii i pomagania w usunięciu złej.

Pod rozwagę

Jest pewne przekonanie które pokutuje w świadomości ludzi i często o nim słyszę: “duży bęben (lub grzechotka, kryształ itp.) ma dużą moc, większą niż jego mniejszy odpowiednik”. Często też obserwuję jak ludzie stają się uzależnieni od swoich przedmiotów mocy. Mówią na przykład “nie mogę odprawić rytuału odnalezienia Ducha bez swojego orlego pióra”. W moim przekonaniu szamanizm to praktyka pozwalająca na bezpośredni kontakt i pracę z Duchową Mocą Wszechświata. Sednem pracy szamana jest sprowadzenie mocy ze Świata Duchów i zapewnienie jej przepływu poprzez samego siebie do świata materialnego. Im więcej mocy Duchów przepływa przez szamana tym potężniejszy on się staje – o ile posługuje się tą mocą we właściwy sposób. Moc Duchowa grzechotki, bębna czy jakiegokolwiek innego przedmiotu mocy nie ma nic wspólnego z jego fizycznymi wymiarami – zależy od mocy jego Ducha. Przedmioty Mocy, których używa szaman nie należą tak naprawdę do świata materialnego. Najważniejszą częścią grzechotki jest jej Duch. Możesz go wezwać nawet jeśli nie masz grzechotki przy sobie.

Wykonanie grzechotki

Własnoręczne wykonanie dla siebie grzechotki to bardzo silne doświadczenie. Jeśli zrobimy to jak należy, będziemy czuć jej moc od samego początku. Doskonałe instrukcje można znaleźć w książkach “Voices from the Earth” Nicholasa Wooda i “How to make Drums, Tom-Toms and Rattles” Bernarda S. Masona. Polecam ich lekturę nim zabierzecie się do pracy (książki nie są niestety dostępne w języku polskim – przyp. tłum.).

Dodatkowo chciałbym podkreślić tu kilka rzeczy. Każdy proces tworzenia jest święty. Robienie grzechotki nie jest wyjątkiem. Jeśli chcemy stworzyć grzechotkę bardzo dobrym pomysłem będzie zwrócenie się po pomoc do naszych Duchów-pomocników. Należy powiedzieć im, że chcemy stworzyć grzechotkę – na przykład – na ich cześć lub która ma nam pomóc w pracy leczniczej lub będzie nam pomagać w komunikacji z Duchami Natury lub oznaczy szczególny moment w naszym życiu czy też stanowić będzie prezent dla kogoś. Wysłuchajmy duchów – może podpowiedzą nam jakich materiałów użyć, jakie kamyki lub przedmioty włożyć do środka, jakimi wzorami ozdobić, jakiego drewna użyć jako uchwytu. Możliwości są nieprzebrane. Pozwólmy duchom zadecydować i wypełnijmy ich wskazówki. Może każą nam pójść i nazbierać na naszą grzechotkę małych, białych kamyków, które mrówki wyniosły na powierzchnię z Dolnego Świata, jak czynią to rdzenni Amerykanie z plemienia Lakota? A może każą nam wykorzystać kawałki kryształu z naszyjnika, który rozsypał nam się tydzień wcześniej? Cokolwiek to by nie było, pamiętajmy, że każdy element grzechotki posiada własnego Ducha, któremu należą się nasze podziękowania!

Nie bądźmy rozczarowani, jeśli końcowy efekt naszej twórczości nie wygląda dokładnie tak, jak pokazały nam to Duchy. Zewnętrzny wygląd grzechotki to tylko jej manifestacja w fizycznym świecie. Jak będzie wyglądała, gdy zabierzemy ją w podróż do Świata Duchów, by im ją ofiarować, jak zostanie przez nie przyjęta, jak będzie “działać” – tylko to jest ważne. Jeśli grzechotka ma być prezentem dla kogoś, Duchy mogą nam nawet podpowiedzieć właściwe słowa, które mamy wypowiedzieć wręczając ją.

Tworząc własną grzechotkę przekonamy się, że pozwala to na szybkie wejście w kontakt z jej Duchem i otrzymanie od niego nauki. “Inicjacja” grzechotki następuje gdy pierwszy raz używamy jej dźwięku by wezwać Duchy a potem wraz z nim wyruszamy do naszych pomocników i nauczycieli by pokazać nam nasze dzieło. Wtedy to następuje również nasza “inicjacja” pozwalająca nam na kontakt z istotą grzechotki i na jej używanie. To wtedy najprawdopodobniej poznamy Ducha nowej grzechotki, którą trzymamy w dłoni.

Dni Wiedzy Pogańskiej – Ślęża 2010

Z ogromną przyjemnością zapraszamy czytelników CitySpirits na…

Dni Wiedzy Pogańskiej

DNI WIEDZY POGAŃSKIEJ 2010

W dniach 6-10 lipca 2010. W ośrodku wczasowym “Hala” na Przełęczy Tąpadła, w Masywie Ślęży (okolice Sobótki i Sulistrowiczek, woj. Dolnośląskie) odbędzie się Zlot Pogan “Dni wiedzy pogańskiej”, głównym założeniem imprezy jest przekazywanie wiedzy pogańskiej, często trudnej do zdobycia. Tematy warsztatów są bardzo zróżnicowane i też tak będą prowadzone. Każdy warsztat jest tworzony przez osoby zajmujące się danym zagadnieniem od co najmniej kilku lat.

Program jest w trakcie tworzenia, jednak odbędą się między innymi: dwa rytuały (otwierający, zamykający), zajęcia z magii myśliwskiej i jej praktycznego zastosowania, bębnienie przy ogniu i poranne zbieranie ziół. Niebawem udostępnimy cały program zajęć. 06.07  – dzień przyjazdu, jest wolny od warsztatów, spotykamy się już wszyscy na wspólnej kolacji o godz. 19.00. Nocleg w domkach typu ‘Brda” (pseudo-góralskich), z łazienką.

Członkowie PFI – 280 PLN
Pozostali – 290 PLN
W cenę wliczone są: noclegi i wyżywienie, materiały programowe i pamiątki pozlotowe.
Zainteresowanych prosimy o kontakt pod adresem asus<kropka>wroc<małpa>gmail<kropka>com
Więcej informacji wkrótce na dwp.poganie.org

Zapraszamy!

Wielkie piersi i kolorowe bizony – sztuka prehistorycznej Europy

Asus

Już w młodszym paleolicie rozwijała się ludzka kultura i wkrótce osiągnęła stosunkowo wysoki poziom. Najwspanialszymi , a zarazem najbardziej znanymi przykładami kunsztu artystycznego ludzi z początków paleolitu młodszego są tak zwane figurki Wenus. Jest to umowna nazwa określająca przedstawienia (najczęściej z gliny, kości, rogu, ciosów mamuta) nagich kobiet o wyolbrzymionych cechach płciowych (olbrzymie piersi i biodra) i schematycznie zaznaczonymi pozostałymi częściami ciała (głowa, twarz, ramiona itd.). Są one przypuszczalnie symbolami seksualnymi, częściowo również macierzyństwa, a ucieleśniają zapewne ideał piękna tamtych czasów. Przedstawiają najprawdopodobniej istotę życiodajną – boginię, matkę zwierząt i matkę rodu, a miały zapewniać płodność, powodzenie w łowach, dobrobyt całej społeczności.

W Europie i Azji Północnej odnaleziono przeszło siedemdziesiąt owych wyobrażeń bogini, wśród których najbardziej znane są Wenus z Willendorfu (Austria), Wenus z Lespugue (Francja) oraz Wenus z Dolni Vestonice na Morawach. Właśnie morawska Wenus jest jedną z najwartościowszych figurek okresu lodowcowego. Wymodelowana została z gliny z domieszką mączki z kości lub kłów mamuta, prawdopodobnie podczas pobytu ludzi kultury graweckiej w obozowisku w Górach Pavlovskich około 25 tysięcy lat temu. Było to sensacyjne odkrycie również z tego względu, iż wykazało znajomość techniki wypalania gliny w specjalnie do tego celu skonstruowanych piecach już w tak dawnych czasach. Read more…

  • Kalendarz

    • Wrzesień 2010
      P W Ś C P S N
      « lip    
       12345
      6789101112
      13141516171819
      20212223242526
      27282930  
  • Szukaj