Obyczaje pogrzebowe ludzi neolitu

Asus

Choć już neandertalczycy wykazywali się troską o swoich zmarłych (o czym świadczą chociażby pochówki w Teszik-Tasz w Iranie czy w Le Moustier we Francji), dopiero neantropy, czyli podgatunek homo sapiens sapiens, do którego z resztą wszyscy się zaliczamy, rozwiną obrzędy pogrzebowe i sposoby pochówku swych zmarłych do poziomu niespotykanego wcześniej. Niektóre ludy pierwotne do dziś dnia praktykują bardzo podobne sposoby traktowania zmarłych członków społeczności. Choć można przypuszczać, iż neandertalczyk, gdyby nie został doprowadzony przez człowieka współczesnego do wymarcia, wykształciłby równie skomplikowane i znaczące w swej wymowie obrzędy funeralne, to jedynie neantropy pozostawiły wyraźne ślady pochówków, które były związane z wykształconą już religią (animizmem, totemizmem) i prowadzone przez duchowych przewodników społeczności – szamanów. Read more…

Święta święta i po świętach

Asus

Święta święta i po świętach. Świeżo po obchodach połowy zimy, przez jednych pogan zwanych Imbolk, przez innych Zapustami, przez jeszcze innych Świętem Niedźwiedzia naszło mnie na refleksje nad szamańskimi świętami.

To trochę mój prywatny „rachunek sumienia”, bo w końcu trzeba przyznać się przed samym sobą, że szamańskich świąt nie ma. Nie tylko nie ma ich teraz, wśród zachodnich białych szamanów, ale tez nigdy nie było nawet w zamierzchłej przeszłości gdy nasi przodkowie ganiali za stadami renów przed czołem lądolodu. Read more…

Poganka wrocławskie

 Asus

Średnio co dwa tygodnie, w sobotnie popołudnie, odbywają się cykliczne spotkania wrocławskich pogan zwane “Pogankami”. Są to spotkania mające na celu integrację wrocławskich pogan, zawieranie ciekawych znajomości, wymianę wiedzy i doświadczeń, wspólne świętowanie a przede wszystkim dobrą zabawę w pogańskim towarzystwie.

Najbliższe poganko odbedzie się w sobotę 27.02 

Zapraszam wszystkich zainteresowanych - piszcie na maila:

asus.wroc @ gmail.com

pozdro
Asus

Powinność szamana

Pomian

We wpisie pod tytułem “Szaman w wielkim mieście” dużo pisałem na temat roli społecznej współczesnego szamanizmu i powinności szamana wobec jego pobratymców. Skupiłem się więc na jednej stronie – na świecie środkowym. Na ludziach, ich potrzebach, ich problemach, oczekiwaniach. Ale to przecież nie interakcja z ludźmi wyróżnia szamana. To jego łączność z duchami czyni go tym kim jest.

Szaman miejski nie różni się w tym od szamanów tradycyjnych. Jego habitat roi się od duchów nie mniej niż step, dżungla, pustynia czy tajga. Jeśli człowiekowi pisane jest szamaństwo, to znajdą się i duchy, które wyciągną ku niemu ręce. Choćby i spod betonowego chodnika.

Zasadniczą różnicą jest to jak sama obecność duchów odbierana jest w różnych środowiskach. Tam, gdzie człowiek żyje w bliskości przyrody, gdzie przodkowie stanowią oczywistą część życia żywych, skąd blisko do granicy światów – obecność duchów traktuje się jako coś zupełnie naturalnego, nie wymagającego wytłumaczenia czy udowodnienia. Człowiek miejski oddalił się jednak od tej naturalnej wiedzy, obudował swój umysł intelektualnymi konstruktami i najczęściej żyje w beztroskiej nieświadomości lub wyparciu istnienia tego świata obok nas. O ile więc rolą szamana w społeczeństwie niezurbanizowanym jest usprawnienie komunikacji między ludźmi a duchami, tak rolą szamana miejskiego siłą rzeczy staje się uświadomienie jednej ze stron istnienia tej drugiej strony i możliwości dialogu. Przywrócenie duchom należnego im miejsca w świecie, gdzie się o nich nie pamięta.

Dochodzi 9.00 rano, siedzę w metrze, jadę do pracy. Dobiega mnie kwilenie niemowlęcia. Niby normalny odgłos w komunikacji miejskiej, a jednak coś mi się nie zgadza. Głos dziecka zdaje się dochodzić zza okna mojego wagonu. Podnoszę wzrok znad książki. Rozglądam się wokół. Żadnego niemowlęcia. Zaglądam przez okno do sąsiedniego wagonu – tam też. Zresztą – jak głośno musiałby się dzieciak wydzierać, bym usłyszał go przez zamknięte okna jadącego pociągu? I nagle dociera do mnie – dziecko wcale nie krzyczy, nawet nie płacze. To co “słyszę” to ciche kwilenie, jakie wydają z siebie niemowlęta, kiedy czegoś potrzebują. Tuż obok, bardzo blisko, ale jednocześnie – zupełnie gdzie indziej. Nagle już rozumiem – młode duchy metra domagają się uwagi.

duchymetra

Pod podszewką świata widzialnego Warszawa tętni życiem niedostrzegalnym dla jej ludzkich mieszkańców. Ulice, place, zaułki, piwnice, parki – każdy zakątek miasta ma swoich mieszkańców po tamtej stonie. Wszyscy oni mówią swoimi cichymi głosami. Szeptem zdradzają swoje intencje, mówią o swoich potrzebach, tajemnicach, granicach swych terytoriów, udzielają nam rad i ostrzeżeń. Ich słowa giną w miejskim szumie zlewają się z ludzkim zgiełkiem. Wystarczy jednak wznieść się ponad niego…

Wjeżdżam na 30-te piętro Pałacu Kultury, na taras widokowy. Patrzę w dół na ciągnące się z każdej strony aż po horyzont miasto. Z tej wysokości dźwięki miasta brzmią zupełnie inaczej. Wyciszone odległością zlewają się w jednostajny, spokojny dźwięk. Głębokie, przyjemne dla ucha buczenie. Mantra Warszawy brzmi zupełnie jak “Ohmmmmmmmmm…”. Pod jej powierzchnią – na granicy świadomości – słyszę miliony szepczących duchów. “Jesteśmy tu, dlaczego nas nie słuchacie”?

Szamanie, pamiętaj o swojej powinności…

Biali goście w szałasie

Asus

Kolejny leniwy dzień spędzałem jak zwykle przed szałasem, puszczając dymne chmurki z palonej fajki i patrząc, jak lecą w górę by połączyć się z wielkimi białymi chmurami pełznącymi jak ślimaki po błękitnym niebie. Zażywałem odpoczynku, na który w pełni zasłuzyłem po ostatniej wizycie etnologów. Ci biali zawsze są tacy sami – jak nie misjonaże to ichniejsi naukowcy – męczący, marudni i trzeba im jeszcze odstawiać zawsze taką sama szopkę. Latać po lesie, drzeć się na całe gardło i generalnie udawać dzikusa.

Więc teraz, pykając fajkę, powoli totalnie odpływałem wspominając ostatni sing-sing, gdy nagle z zarośli od strony wioski wyłonił się wódz Dwie Długie Świnie we własnej, brodatej i ozdobionej olbrzymią ilością piór, osobie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyż często przychodził zasięgnąć rady, zapytać o zdanie duchy przodków czy po prostu zapalić fajkę i pogawędzić o ostatnich wojnach. Tym razem jednak miało być inaczej, gdyż zaraz za nim z chaszczy wyłoniło się trzech białych. Spoceni jak świnie nad ogniem, w tych swoich śmiesznych, zupełnie niepotrzebnych ubraniach, obładowani jakby szli na sing-sing, a nie w dżunglę, wyglądali zabawniej niż nasz wioskowy głupek.

Już chciałem wybuchnąć śmiechem, ale zachowałem archetypową minę starego szamana – w końcu, jeśli idą do mnie biali, to albo nawracać, albo badać. A na takich najlepiej działa zachowanie konwencji szalonego dzikusa.

Każdy się jednak czasami myli, nawet taki stary wyga jak ja. Biali bowiem przynieśli dobry tytoń, miód, owoce. Czekali, aż wódz przedstawi ich, a potem zasiedli wokół ognia, w oczekiwaniu na to aż zacznę jeść i zaproszę ich do posiłku. Zdziwiło mnie to ich dobre wychowanie, bo mało który przybysz zza lasu zna i szanuje nasze obyczaje. Gdy już podjadłem nieco, a moi goście nadal się nie odzywali, zapytałem, kim są i po co, na wszystkie duchy, leźli tak daleko by mnie odnaleźć.

„Jesteśmy szamanami” – usłyszałem w odpowiedzi. Mało mnie te słowa o zawał nie przyprawiły. Mają mnie – pomyślałem – jeśli biali szamani działają jak biali misjonarze, to będą chcieli posiąść moją mana. Spiąłem się i przygotowałem do obrony – przynajmniej sprzedam ją drogo. Jednak moi „goście” widząc to zaczęli jeden przez drugiego zapewniać, że nie mają złych zamiarów, że są nastawieni pokojowo, że chcą jedynie się uczyć. Gdy uspokoiłem się nieco widząc szczerość wypisaną na ich twarzach, zauważyłem kątem oka jak wódz Dwie Długie Świnie powoli odkłada swojego wiernego kałacha. Uśmiechnąłem się w duchu – długie godziny spędzone na paleniu fajki i rozmowach nie poszły na marne.

Gdy już emocje opadły a moje duchy nie podnosiły alarmu, zapytałem co im strzeliło do tych białych łbów, jaki złośliwy duch powiedział im, że w ogóle będę miał ochotę wziąć ucznia i to na dodatek jakiegoś cudzoziemca spoza lasu?

biali_u_szamana

Pierwszy rzekł: „Wielka jest twoja wiedza szamanie, potrafisz uzdrawiać, przewidywać przyszłość, zaglądać w przeszłość. Podziel się z nami tą wiedzą, ludzie Zachodu bardzo jej potrzebują, by być zdrowymi, silnymi i żyć w zgodzie z naturą.”

Odpowiedziałem na to: „A co mnie obchodzą wasze plemiona.”

Drugi rzekł: „Wielki szamanie, twoje plemię jest coraz mniej liczne, nie masz kogo uczyć, jeszcze kilka lat a zostaniesz sam, duchy twojego plemienia, duchy waszych przodków zostaną zapomniane. Podziel się z nami swoją wiedzą, byśmy mogli korzystać z mocy tych duchów.”

Odpowiedziałem na to: „Duchom to zwisa i powiewa.”

Trzeci rzekł: „Wielki szamanie, jesteś już stary, powinieneś mieć kogoś, kto rozgrzeje ci bęben, kto będzie doglądał twoich świń, kto przekopie twój ogród i zadba, by ogień nie gasł.”

Nic nie odpowiedziałem.

Po długiej chwili milczenia powiedziałem: „Jeśli już miałbym uczyć, to tylko jednego z was. Duchy plemienia zgadzają się zawsze tylko na jednego ucznia. Którego z was mam nauczać?”

Zmieszali się bardzo, widać nie spodziewali się takiej odpowiedzi. Ale co ja poradzę, że duchy mojego plemienia są tradycjonalistami i pomysł „szkoły szamanów” wywołuje u nich pusty śmiech.

Pierwszy rzekł: „Ja potrzebuje twojej wiedzy, żeby pomagać ludziom, uzdrawiać ich, pomóc mieszkańcom Zachodu na powrót zjednoczyć się z naturą. Jestem dobrym człowiekiem, nie krzywdzę nikogo, chcę nieść przesłanie Wielkiego Ducha wszystkim białym, by na powrót stworzyli wielkie, szczęśliwe, żyjące w harmonii z przyrodą plemię”

No myślałem, że się zacznę turlać po ziemi ze śmiechu, ale resztką sił starłem szyderczy uśmiech z twarzy i odpowiedziałem na to: „Ogarnij się człowieku. Mówiłem ci, że nie obchodzą mnie wasze białe plemiona, nie znam waszego Wielkiego Ducha ani jego przesłania. A nawet gdybym znał, to co mi po duchu białych.”

Drugi na to rzekł: „Nauczaj mnie, nauczaj jak czerpać moc z twoich przodków, a będę ich czcił i pamięć o nich nigdy nie zaginie.”

Następny mądry. Z nimi to zawsze tak samo – przyjeżdżają, udają, że wszystkie rozumy pozjadali, a głupoty takie wygadują, że głowa mała.

Popukałem się tylko w czoło i rzekłem: „Oj durny ty, oj durny. A co to, twoi przodkowie? Swoich nie masz? A może się wstydzą twojego głupiego gadania? Nie. Chcecie nam zabrać wszystko, nawet naszych przodków? Nigdy!”

Fakt, uniosłem się trochę, no ale facet wyprowadził mnie z równowagi. Już miałem pogonić ich na cztery wiatry i zająć się czymś produktywnym, a nie gadaniem po próżnicy, ale postanowiłem nie zmarnować okazji do pokazania wodzowi, jacy to biali są durni.

Zapytałem, więc trzeciego: „A ty? Czemu ciebie miałbym uczyć?”

Odpowiedział na to: „Zapytaj duchów, one wiedzą, czemu to mnie powinieneś uczyć.”

To nie była odpowiedź białego, biali tak nie mówią. Spojrzałem mu głęboko w oczy i zobaczyłem coś, co kazało mi zadać jeszcze jedno, krótkie pytanie.

Rzuciłem krótko: „Skąd wiesz?”

Długo milczał, wciąż patrząc mi głęboko w oczy. Wreszcie odpowiedział, powoli, cedząc każde słowo: „Same mi powiedziały.”

Wybuchnąłem gromkim śmiechem, który poniósł się echem po lesie. Śmiałem się szczerze, a razem ze mną śmiały się moje duchy.

Chyba oczywiste, którego przyjąłem na ucznia?

Myśli niesforne – przyszłość w jasnych barwach

Hakken

Tym co zaprząta myśli wielu członków starych i nowych ruchów religijnych jest przyszłość i to czy ich wiara przetrwa próbę czasu. Oczywiście najbardziej boją się tego monoteizmy dla których każde odstępstwo i mutacja ich paradygmatu oznacza utratę rządu dusz, którego tak łakną. Ponadto, ponieważ roszczą sobie często wszechwiedzę w sprawach tak ziemskich jak i duchowych, każda zmiana ich sposobu myślenia to jak przyznanie się do pomyłki a zatem solidne zachwianie ich autorytetu.

W ciągu tysiącleci radziły sobie z tym na wiele różnych sposobów z czego najgorszym pomysłem było podważanie naukowych odkryć. Przyniosło to w efekcie skutek całkiem odmienny od zamierzonego, bowiem można trzymać ludzi w niewoli i ciemnocie, ale bardzo trudno jest cenzurować ich myśli. Nie dość , że wyznania te skompromitowały się całkowicie w wielu dziedzinach to jeszcze zrobiły sobie wrogów z wielu naukowców i wolnomyślicieli. Żeby jeszcze tylko sobie… Niestety na zasadzie sprzężenia zwrotnego dostało się wszystkim religiom. Skoro bowiem kapłani dominujących wyznań palili naukowców na stosach, kamienowali ich i oczerniali, to ludzie nauki zaczęli im odpłacać tym samym. No, może w nieco bardziej cywilizowany sposób, choć, prawdę mówiąc równie okrutny. Na wszelkich bowiem polach rozpoczęli walkę z „zabobonem” i „ciemnotą”.  Zaczęli religiom odbierać wiernych i nawracać na swoją antyreligię. Jak z rękawa zaczęli sypać „dowodami” na nieistnienie bogów, magii, duszy i czego tam jeszcze.  Koniec końców doprowadziło to do eskalacji konfliktu, przemocy a na końcu wzajemnego obrażenia się na siebie.

Wojujący ateizm - prof. Richard Dawkins i jego "Bóg urojony"
Wojujący ateizm – prof. Richard Dawkins i jego “Bóg urojony”

I tak to trwa aż po dziś dzień i to mimo nieśmiałych prób ze strony monoteistów na wyciągniecie ręki na zgodę i przeproszenia za grzechy przeszłości. Jednak, jak naukowcy mają taki gest przyjąć na poważnie kiedy raz po raz z ust kapłanów wychodzą kolejne bzdury takie jak choćby kreacjonizm. Na wszystkich bogów, po co się w to w ogóle mieszać? Gdyby po prostu powiedzieli, że to JHWH dał tę iskrę potrzebną do tego by świat się zaczął kręcić (lub coś w tym stylu) nie było by przecież sprawy. Ale, nie oni muszą próbować dowodzić ile świat ma lat i że dinozaurów w ogóle nie było. Powiedzmy sobie szczerze, w ten sposób po raz kolejny strzelają w kolano nie tylko sobie, ale również innym religiom.  Pomijając fakt, że naukowcy dość często się mylą, sporo wskazuje jednak na to, że ogólna koncepcja powstania, a przede wszystkim rozwoju życia jest dość akuratna i grzmienie z ambony nic tu nie pomoże. W ogóle ten cały konflikt jest kompletnie niepotrzebny. Naukowcy nie są w stanie dowieść ani nieistnienia ani istnienia bogów i nawet nie powinni próbować, bo i po co zajmować się tak bezproduktywnymi sprawami. Kapłani natomiast zamiast wikłać się w propagandę, politykę i pseudonaukę powinni zająć się duszami swoich wiernych. Rozdzielmy w końcu sacrum od profanum, inaczej niewiele w obu tych dziedzinach osiągniemy.

Dużo lepiej na tym polu sprawdziły się politeizmy, które niegdyś nawet wspierały naukę a ich kapłani bywali naukowcami. I tutaj nie obeszło się bez kilku zgrzytów, nie doprowadziły one jednak do otwartego konfliktu. Być może dzieje się tak dlatego, ze większość politeizmów nie uzurpuje sobie wszechwiedzy a niektóre nawet deklarują otwarcie poszukiwania takiej czy innej prawdy. Tak czy inaczej nawet w takich wypadkach mariaż nauki i religii jest zawsze trudny a w większości wypadków kończy się bolesnym rozwodem. Nie ma się zresztą czemu dziwić – naukowiec, który rozpoczyna badania z konkretną teorią i robi wszystko by ją udowodnić jest co najmniej mało wiarygodny.

Tam gdzie tak wielu drży na myśl o nieznanym ja się śmieję i jasno patrzę w przyszłość. Wiem bowiem, że nie muszę obawia się nauki i naukowców. Jako zdeklarowany animista jestem wyznawcą jednego z najstarszych systemów wierzeń na świecie. Pomijając wszelkie mniej lub bardziej prawdopodobne teorie mówiące o początkach animizmu przed dziesiątkami czy nawet setkami tysięcy lat, można śmiało założyć, że tego typu wierzenia były już dość powszechne 7 do 8 tysięcy lat temu a prawdopodobnie nie był to wcale ich początek. Dość powiedzieć, że praktycznie wszystkie współczesne religie mają swe korzenie właśnie w tym czy innym animizmie. Daje mi to perspektywę patrzenia na nie jak na mniej lub bardziej bystre dzieci. Niektóre z nich doszły do bardzo ciekawych rozwiązań, inne popełniły wiele głupot, animiści przyglądają się temu, biorą to co się sprawdza a odrzucają to co się nie sprawdza. Proste i skuteczne. W tym konkretnym wypadku nie mieszanie się do nauki sprawdza się idealnie a mieszanie się nie sprawdza się wcale. Dlatego też nie próbuję za pomocą obliczeń matematycznych czy doświadczeń fizycznych udowodnić istnienia duchów ani też nie staram się wykazać jak bardzo mylą się ludzie nauki. Bo i po co mam to robić? Istnienie duchów jest dla mnie równie oczywiste co istnienie drzew czy ptaków. Widzę je, czuję i rozmawiam z nimi, jak więc mógłbym temu zaprzeczyć? Niestety nie potrafię dostarczyć dowodów ich istnienia takich jakie chcieliby racjonaliści. Nie umiem nagrać swego lotu i zamieścić go YouTube. Zresztą nawet gdybym potrafił to nie wiem czy bym chciał. Ja nie zamierzam nikogo nawracać i, prawdę powiedziawszy, mało mnie obchodzi kto w co wierzy o ile nie usiłuje mi tego narzucać. Jeżeli powtarzalność eksperymentu z ekstazą i transem oraz ich wyniki przekazywane w formie ustnej i pisemnej przez tysiące lat w setkach kultur przez miliony ludzi na całym świecie nie są dla racjonalistów wystarczającym dowodem na istnienie duchów to już naprawdę nie mój problem.

Przyglądając się wielu istniejącym współcześnie systemom religijnym, zarówno tradycyjnym jak i zupełnie nowym, doszedłem do wniosku, że to właśnie animiści radzą sobie ze współczesnością i potencjalną przyszłością najlepiej. Być może wynika to z nieco „dziecięcego” podejścia do świata w którym to wszystko co widzimy przyjmujemy takim jakim jest i nie próbujemy się kłócić z rzeczywistością. Jeśli miałbym powiedzieć jaka religia jest dla mnie wyznacznikiem postępowego animizmu bez wahania jako pierwsze wskazałbym shinto. Religia ta wyewoluowała z pierwotnych wierzeń ludów Japonii, przetrwała modę na konfucjanizm i buddyzm, nawet ekspansywne chrześcijaństwo nie mogło jej zagrozić a obecnie jest najważniejszym wyznaniem w najbardziej rozwiniętym technologicznie państwie na świecie. Należy przyznać, ze radzi sobie doskonale. Kapłani nie starają się snuć własnych teorii naukowych i zostawiają mitologię tam gdzie jej miejsce. Zamiast tego akceptują bez mrugnięcia okiem wszystkie nowe duchy jakie się pojawiają i stają na tyle silne by z trzeba było się z nimi liczyć. Świętych ksiąg nie traktują jako dogmatów a raczej jako metafory. Zatem istnienie 8 milionów kami nie oznacza dla nich ich faktycznej liczby a jedynie to, że jest ich bardzo, bardzo dużo. Dlatego też można się w Japonii spotkać z zachowaniami, które większość europejczyków śmieszą, jednak ja widzę w nich dużą mądrość. Weźmy na przykład taką świątynie kami telefonii komórkowej. Może się wydać absurdalna dopóki nie uświadomi się sobie, że przecież wszystko ma swojego ducha, zatem sieci informatyczne również. Jest to bez wątpienia potężny duch, któremu cześć oddaje na świecie miliony jeśli nie miliardy ludzi. Ich ofiary sprawiają, że jego rozwój jest ciągły i nieprzerwany, dlaczego zatem mamy ignorować tego nowego, elektronicznego boga?

Kapłan Shinto nakładający błogosławieństwo ochronne na laptopy
Kapłan Shinto nakładający błogosławieństwo ochronne na laptopy

Nieco innym, choć równie dobrym przykładem są modlitwy do kami kryzysu. Sprawa jest nieco podobna jak w przypadku kami elektroniki, jednak tu sedno zjawiska jest jeszcze nieco głębsze. Otóż być może człowiek nie jest jedynym zwierzęciem na  ziemi, które zmienia środowisko w którym żyje , ale na pewno jest jedyną istotą, która powołała do życia siły nad którymi nie potrafi już zapanować. Mówiąc prościej, niektóre zjawiska kulturowe stały się równie nieprzewidywalne i niszczące jak wybuch wulkanu, trzęsienie ziemi czy tornado. Niby można zaobserwować symptomy, które nas na nie przygotują, ale powstrzymać je jest niemożliwością. Podobnie jest na przykład z siłami rynku. Kryzys nadszedł i zebrał swoje żniwo, pozbawiając ludzi dachu nad głową i środków do życia. Nikt nie potrafił go powstrzymać, więc czym się dla przeciętnego człowieka różni od tsunami? Skoro modlimy się do duchów wulkanu to czemu nie spróbować przebłagać kami sił rynku? A nawet jeżeli nam się nie uda w sensie magicznym to w przestrzeni społecznej taka próba może mieć naprawdę zbawienny wpływ.

Oczywiście zdaję sobie sprawę tego, że Japonia nie jest ideałem i społecznie cierpi na olbrzymie kłopoty wynikające z gwałtownego rozwoju i techno szoku, ale moim zdaniem przebiega on dużo łagodniej niż miało by to miejsce w wypadku społeczeństwa dużo bardziej ideologicznie skostniałego. Wystarczy popatrzeć na panikę związaną z klonowaniem czy komórkami macierzystymi: Człowiek próbuje ingerować w dziedzinę tradycyjnie przypisaną Bogu Jedynemu?! Bluźnierstwo! Trzeba tego natychmiast zakazać, bo sprowadzi to na nas gniew Boży!

Całe szczęście, że większość monoteistów nie rozumie fizyki, bo wtedy mogli by przypadkiem zrozumieć jak wielkie bluźnierstwa popełniane są na tym polu…

Obserwowanie takich zjawisk i porównywanie różnych na nie reakcji w zależności od wyznawanej religii czy filozofii doprowadziło mnie do śmiałej teorii, że to właśnie animizm jest najlepiej przystosowany do szybko nadchodzącej techno ery. Wiem, ze to już futurologia, ale pomyślmy, cybernetyka nie jest bardziej przerażająca niż dowolny inny duch. Nie ma znaczenia czy ręka jest sztuczna czy prawdziwa o ile zawiaduje nią nasz duch. A to jedynie jaskrawe przykłady problemów, które już niebawem mogą dręczyć społeczeństwa. Duża część z nich nawet nie wzruszy animisty, który przyjmie podobnie jak przyjmuje inne rzeczy na świecie: z dużym spokojem i nie próbując się z nimi nie zgadzać skoro już zaistniały. Bo i po co, życia na to szkoda.

Tak więc ja przyszłości się nie boję a wręcz przeciwnie w pewnym sensie wyczekuję jej z ciekawością dziecka, wiem bowiem, że nie jest w stanie zaszkodzić mojej wierze i mojej duchowości. Z duchem drzewa dogadam się tak samo jak z duchem infodrzewa a po cyberprzestrzeni surfuję równie chętnie co latam po zaświatach. Jeżeli trzeba bęben potrafię zastąpić .mp3, to naprawdę nie ma znaczenia – duchy mówią do mnie tak samo. Choć oczywiście wolę bęben, prościej mi się do niego przywiązać niż do kilku megabajtów danych, a poza tym empetrójką nie da się zaszpanować przy ognisku.

Mamrotanie z szałasu

Asus

Siedziałem przed szałasem, paliłem fajkę, leniwie obserwując jak duchy wiatru pędzą chmury po niebie. Jednym słowem pełen relaks, który słusznie należał mi się po ostatniej wizycie misjonarzy. Latanie po lesie, darcie się na całe gardło i generalnie udawanie dzikusa potrafi człowieka porządnie wymęczyć. Co prawda mogłem im próbować tłumaczyć, że paciorki i metalowe garnki zdobyliśmy na sąsiednim plemieniu jakieś trzy wojny temu, a wódz od maczety woli swojego wiernego AK-47, ale cóż, konwencja przede wszystkim. Jeszcze by doznali dysonansu poznawczego i by im się w głowach poprzestawiało. W końcu to tacy prości ludzie, nic dziwnego że opiekuje się nimi tylko jeden bóg.

Popadałem powoli w totalny błogostan, gdy nagle z zarośli od strony wioski wynurzył się najlepszy wojownik plemienia. No to kicha – pomyślałem – koniec leniuchowania, pewnie che żeby mu zaczarować naboje, albo, co gorsza, świnia mu okulała i trzeba będzie wziąć się do roboty. Lecz po wymienieniu zwyczajowych uprzejmości okazało się, że czeka mnie ciekawsze wyzwanie. Mały Wielki Ogon, bo takie było imię tego wojownika (wzrostu mu bogowie poskąpili), opowiedział, jak jego młodszy syn, Wielki Wielki Ogon (ten z kolei był również wzrostem potężny), wybrał się na polowanie, i śledząc zwierza zawędrował daleko, daleko poza nasze ziemie. Trafił do sąsiedniej wioski, gdzie akurat przebywało kilku białych. Tak bardzo zafascynowały go ich rzeczy, że odkąd wrócił o niczym innym nie mówi tylko jacy to biali nie są wspaniali i jakich to nie mają wspaniałości. Wciąż mówił o rozwoju i pokoju, cywilizacji i elektryfikacji, drogach i togach, czy jakoś tak. Generalnie Mały Wielki Ogon był święcie przekonany, że biali porwali duszę jego syna i zabrali ze sobą do Miasta.

Pomyślałem chwilę i kazałem mu przyprowadzić syna, a sam w międzyczasie chwyciłem za bęben, pogadałem chwilę z duchami i uknuliśmy sprytny plan. Wytargałem z szałasu pordzewiałą metalową skrzynię, która została po jakimś wyjątkowo łykowatym pilocie, rozstawiłem obrzydliwie śliski plastikowy namiot, powyciągałem konserwy, stare zatęchłe koce, butelki z woda ognistą, gdy nagle z zarośli wyszedł Wielki Wielki Ogon. Minę miał hardą, a zamiast zwyczajowych grzeczności zaczął coś wrzeszczeć o zabobonach i szerzeniu ciemnoty. Strzeliłem go w pysk aż zagwizdało. Wolność słowa swoją drogą, ale szacunek dla starszych najważniejszy. Młody spuścił z tonu i wtedy mu powiedziałem, że jeśli przemieszka trzy dni i noce w namiocie białych, pijąc i jedząc to co oni, będzie mógł odejść do miasta. Chłopak radośnie przystał na propozycję. Jednak już pierwszej nocy mina mu zrzedła gdy trząsł się zawinięty w wilgotne, zapleśniałe koce. Poranek był równie ciekawy – z archetypową szamańską złośliwością, zajadając świeżutkie udko kazuara, patrzyłem jak chłopak długo męczy się z otwarciem puszki z mielonką, a potem jak jeszcze dłużej rzygał zapijając stare mięso wodą ognistą. Tak to Wielki Wielki Ogon spędził trzy dni i trzy noce, na zmianę rzygając i dygocząc z zimna.

Gdy skończył się wyznaczony czas zapytałem go czy dalej che iść mieszkać do Miasta. Niech mnie wszystkie duchy bronią – powiedział wymachując rękami – ich jedzenie nie ma smaku, ich woda jest trująca, ich domy nie chronią przed deszczem a okrycia przed zimnem. Wybacz, że bylem taki ślepy – kajał się dalej – wrócę teraz do wioski i powiem ojcu, żeby dał ci najtłustszą świnię, bo otworzyłeś mi oczy.

W taki sposób odzyskałem duszę Wielkiego Wielkiego Ogona.

Po zmroku, siedząc przy ogniu i patrząc na moją nową tłustą maciorę (wiadomo, pańskie oko świnię tuczy) zamyśliłem się głęboko. Po prawdzie to każdemu z nas ktoś lub coś czasem kradnie duszę. Nie ważne czy to chęć posiadania nie pięciu a piętnastu, dwudziestu i więcej świń, nowego samochodu, większej ilości zer na koncie czy na czym tam biali trzymają swoje muszle do płacenia. Łapie nas coś takiego, a po drodze pojawiają się ludzie, którzy naszą duszę zabierają jeszcze dalej. Pogrąża się człowiek w tej pogoni, porzuca to co miał do tej pory, przestaje się rozwijać, przestaje żyć w harmonii z duchami i bogami. W pewnym momencie sam kopie w rzyć własną duszę.

shaman-hut

Widziałem kilku takich. Bez duszy, o pustym spojrzeniu, nazywających rzeczy odwrotnie – to co nieważne – najważniejszym, to co brudne – czystym, to co trujące – lekarstwem. Gdy zorientują się że jest coś nie tak, że idą w nie tą stronę, że zapadają się w bagnie można ich jeszcze uratować, odzyskać duszę, ba, sami mogą to zrobić. Wystarczy spojrzeć na wszytko odwrotnie, zacząć nazywać rzeczy po imieniu, zobaczyć takie jakimi są – jeśli coś jest puste nie nazywaj tego pełnym, jeśli coś jest zepsute nie nazywaj tego sprawnym. Wystarczy zacząć żyć znów w zgodzie z duchami i bogami, żyć w zgodzie ze sobą, żyć NAPRAWDĘ, a wcześniej własnonożnie kopnięta w rzyć dusza sama powróci.

Niektórym takim ludziom można pomóc, tak jak ja pomogłem Wielkiemu Wielkiemu Ogonowi. Wystarczy pokazać rzeczy takie jakimi są, wystarczy pomóc zrozumieć, że gonią za złudzeniem, a dusza do nich wróci, zaczną nazywać rzeczy takimi jakimi są, a nie odwrotnie.

Niektórym też nie da się pomóc – aż do śmierci będą nazywać rzeczy odwrotnie, a mając wszystko nie będą mieli nic. Nawet nie mając nic będą twierdzili że mają wszystko. Będą żyć i umierać w odwróconym świecie. Tylko na łożu śmierci usłyszą głos duchów „miałeś nas w rzyci całe życie, to teraz w rzyci mamy my cię”.

Zaciągając się fajką w blasku ognia pomyślałem że mam wam coś całkiem ważnego do przekazania. Patrzcie na to co robicie z obu stron, nie dajcie sobie ukraść duszy niczemu i nikomu. Czasami wystarczy tylko chwila by się zatrzymać, spojrzeć za siebie, a już okazuje się że próbujemy złapać coś, co jest złudzeniem, coś, co nazywamy odwrotnie. Póki tak robimy będziemy w zgodzie ze sobą, z duchami, z bogami. Nikt i nic nie ukradnie nam duszy.

No bo chyba nie chcecie pod koniec życia własnej duszy rzyci oglądać.

Szamanizm w radiowej “trójce”

Pomian

Mihály Hoppál

10. listopada w audycji Dariusza Bugalskiego Klub Trójki gościł dr Mihály Hoppál, dyrektor Etnograficznego Instytutu Badawczego Węgierskiej Akademii Nauk. Dr Hoppál od kilkudziesięciu lat zajmuje się badaniem zjawiska szamanizmu. Jest autorem między innymi książki Szamani eurazjatyccy, która doczekała się polskiego przekładu nakładem wydawnictwa Iskry.

Prowadzący audycję pisze we wprowadzeniu: Na czym polega potęga tego zjawiska? Co sprawia,  że szamanizm  nie tylko przetrwał polityczne zawieruchy, ale wręcz dokonał ekspansji na nowe terytoria? Jak to się dzieje, że zmieniają się systemy, granice, a szaman w dalszym ciągu wzbudza szacunek, wskazuje drogę, łączy z duchami?

Zapraszamy do wysłuchania nagrania tejże audycji, pochodzącego z archiwum programu trzeciego Polskiego Radia:

Dr Mihály Hoppál w radiowej “trójce” - pobierz podcast mp3 (23,2MB, 50 minut).

Proponujemy też lekturę artykułów uczonego: SHAMANISM IN A POSTMODERN AGE oraz NATURE WORSHIP IN SIBERIAN SHAMANISM w elektronicznym archiwum folkloru (http://www.folklore.ee/folklore) i zachęcamy do dyskusji w komentarzach (ale umówmy się, że tragicznej tłumaczki nie komentujemy :) ).

Szaman w wielkim mieście?

Pomian

Szaman miejski, szaman wiejski… Jeden z tych zwrotów funkcjonuje już w języku. Drugi – nie. Nie wydaje się potrzebny. Mówimy “szaman” i widzimy człowieka z lasu, z tajgi, z dżungli, z prerii, ze stepu – rozmawiającego z duchami pól, drzew, strumieni. Nie trzeba tego w żaden sposób wyjaśniać, dookreślać. Szaman – łącznik trzech światów: natury, duchów i ludzi. Określony przez swoje miejsce w świecie i rolę, którą ma wypełniać. Nie potrzebuje uściślenia, dodatkowej kategorii. Żadne kategorie nie byłyby potrzebne, gdyby nie pojawił się “szaman miejski”. Osobliwość, wynaturzenie, kundel… Nie jest jasne ani jego miejsce, ani jego zadanie. A jednak uzurpuje sobie prawo do nazwy “szaman” wprowadzając w ten sposób zamieszanie do sprawdzonego, jasnego, wiekowego porządku, budząc wątpliwości nawet w sferze języka.

A może dysonans tak naprawdę ogranicza się tylko i wyłącznie do sfery językowej? Może miejsce i rola szamana miejskiego nie są wcale tak wątpliwe, jak by się wydawało? Może opozycja pomiędzy szamanizmem “wiejskim” (umyślnie nie używam określenia “naturalnym”) a “miejskim” jest tak naprawdę pozorna? Może pozorna jest – co za tym idzie – opozycja między “wsią” a “miastem”. Między “naturą” a “cywilizacją”?

Czy termitiera jest czymś nienaturalnym? A gniazdo wikłacza? Kulista, papierowa siedziba roju szerszeni? Nie – z pewnością nie. Nikt nie nazwie tych habitatów naruszeniem porządku natury. A lepianka z gliny, w której mieszka człowiek? Złożonością konstrukcji nie przewyższa przecież schronień budowanych przez zwierzęta. Co więc skłania nas nazywać ją wytworem cywilizacji? Czym tak wyjątkowym jest człowiek, że wytwory jego rąk i umysłu chcemy tak uparcie rozgraniczać z wytworami dziobów, łapek, żuwaczek… Nie stworzyliśmy żadnej nowej jakości. “Cywilizacja” jest pojęciem wytworzonym przez ludzką próżność i potrzebę demarkacji. Choć byśmy nie wiem jak próbowali, nie przestaniemy być po prostu kolejnym gatunkiem zwierzęcia. Częścią natury. Wszystko co jesteśmy w stanie wytworzyć, również będzie jej częścią. Widzisz? Granica istnieje tylko w naszych głowach – wpojona przez otoczenie i pielęgnowana skrzętnie przez lata.

szaman miejski

Miasto. Miasto jest więc zatem dokładnie takim samym środowiskiem naturalnym – dla nas, dla łysej małpy – jakim od zawsze była dżungla, step, pustynia. Co z tego, że pełne jest betonu, asfaltu? Nie są one niczym innym niż trochę sprytniej zabełtanym błotem. Stalowe pręty? Patyki! Plastik? Czy aż tak bardzo różni się od chemicznie wytworzonej wydzieliny jedwabnika czy pająka? Nie materiał więc jest tu wyróżnikiem. Skala? Ale przecież większa kupa błota dalej jest kupą błota. Nie, w zjawisku, jakim jest miasto nie ma niczego co pozostawałoby w opozycji do natury. Stwierdzenie takie może budzić nasz wewnętrzny sprzeciw, ale logika jest nieubłagana. Jako część natury nie jesteśmy w stanie wytworzyć niczego co również nie byłoby jej częścią. Mysz nie urodzi słonia.

Zatem – iluzja. Oto czym jest opozycja cywilizacji i natury. Złudzeniem zrodzonym i pielęgnowanym w ludzkich głowach. Ułudą, której niewolnikami staliśmy się bezwiednie z czasem. Czy nie jest może tak, że to właśnie to utrzymujące się błędne przekonanie o własnej odrębności od reszty świata sprawia iż człowiek czuje się w nim obco? Moim zdaniem tak właśnie jest. Wmówiliśmy sobie w naszej próżności i w zadufaniu, iż wzięliśmy rozbrat z naturą i konsekwentnie podtrzymujemy w sobie tę iluzję mimo, że uwikłanie w nią jest dla nas źródłem zagubienia i dysharmonii. Wydaje mi się, że jak długo będziemy wierzyć w rozdzielność naszego świata z królestwem przyrody, tak długo będziemy miotać się w błędnym kole, pozbawieni fundamentalnego elementu naszej tożsamości.

Tu właśnie widzę rolę szamana miejskiego. Taka właśnie – jak sądzę – jest przyczyna, dla której taki byt zaistniał. Jego miejsce w naturze – w świetle powyższych przemyśleń – jest jasne: miasto, cywilizacja, wielkie społeczności ludzkie. Jego rola? Niszczyć iluzję. Pokazywać,że nie oderwaliśmy się od korzeni tak bardzo jak nam się wydawało, budzić nasze instynkty, zaspokajać wewnętrzny głód jedności ze światem, przywracać harmonię. Sam jednak najpierw musi poczuć jedność ze swoim habitatem, nauczyć się języka miejskich duchów, poczuć moc drzemiącą w szkle i betonie. Naturalną moc… Daleka droga, ale przynajmniej cel już widać. Myślę, że jest to ścieżka obdarzona sercem – i warto na nią wstąpić.

Szaman miejski… nie, to wcale nie brzmi głupio. Raczej – naturalnie.

Hej Śląsk!

Asus

Mam to szczęście, że mieszkam jakieś 50 metrów od stadionu WKS Śląsk Wrocław, i mam okazję w sezonie co weekend niemal obserwować jak miejskie plemię kibiców WKS-u zbiera się odprawić rytuał czczenia swego ducha – ducha swojej drużyny. Staję sobie wtedy na balkonie z fajką i browarkiem i obserwuję tańce wojenne (wymachiwanie szalikami, klaskanie i takie tam), słucham pieśni plemiennych („Cała Polska w cieniu Śląska!”) które są szczególnie ciekawe gdy przybywa na zrytualizowane starcie wrogie plemię, na przykład Widzew Łódź („Widzew, Widzew, łódzki Widzew, ja tej kurwy nienawidzę!”) albo pomorskie plemię Arki Gdynia(„Arka Gdynia! Kurwa! Świnia!). Jest na co popatrzeć i czego posłuchać, w moich rejonach duchy WKS-u i kibiców są szczególnie silne, ale to nic dziwnego, skoro centrum ich kultu znajduje się tak blisko mojego mieszkania.

W minioną sobotę na „mock war” przyjechali kibice Zagłębia Lubin. Nic nadzwyczajnego, w końcu to sezon wojen plemiennych.plemię Śląsk Z tym że wrocławskie plemię najwyraźniej miało ochotę na coś więcej niż tylko puszenie się, i sprawiło wrogom taki piękny powitalny transparent:

Zawisł on sobie w centrum Wrocławia na trasie przejazdu kibiców Zagłębia. Oczekiwany skutek odniósł – “Zagłębiaki” byli tak wściekli, że po meczu policja eskortowała ich inną trasą. Co prawda plemię z mojego miasta krwi wrogów się nie doczekało, ale zwycięstwo i tak odniosło.

Plemienność jest faktem. Wkrada się do naszego „cywilizowanego” społeczeństwa tylnymi drzwiami. Nowe, młode duchy tworzą swoje silne plemiona przepojone pierwotnością – jednakim strojem, wspólnymi rytuałami, pieśniami, uświęconymi tradycją przyjaciółmi i wrogami. Dlatego tak lubię postać na balkonie gdy duch WKS-u karmi się pieśnią „Hej Śląsk! Hej Śląsk!…”.

  • Kalendarz

    • Marzec 2010
      P W Ś C P S N
      « lut    
      1234567
      891011121314
      15161718192021
      22232425262728
      293031  
  • Szukaj